|
|
|||||||||||||
|
Wygląd torrentów:
Kategoria:
Muzyka
Gatunek:
Alternative Rock
Ilość torrentów:
305
Opis
...( Info )...
Artist...............: Nostalgia/Futuro Album................: Nostalgia/Futuro Genre................: Alternativa e indie, pop-rock. Year.................: 2026 Codec................: Reference libFLAC 1.5 ...( TrackList )... 001. Nostalgia-Futuro - Migliorarsi 002. Nostalgia-Futuro - Via Dai Guai 003. Nostalgia-Futuro - Internet 004. Nostalgia-Futuro - Sorpresa 005. Nostalgia-Futuro - (La Mia Testa) 006. Nostalgia-Futuro - Guadaloop 007. Nostalgia-Futuro - Traffico 008. Nostalgia-Futuro - Alpaca (Reprise) 009. Nostalgia-Futuro - Alpaca
Seedów: 116
Komentarze: 0
Data dodania:
2026-02-14 05:00:13
Rozmiar: 277.72 MB
Peerów: 19
Dodał: Uploader
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI...
..::OPIS::.. Płyta, która właściwie powinna ukazać się... 26 lat temu, kolejna biała plama z historii muzyki znika: O niektórych artystach mówi się, że wyprzedzili swój czas. Z pewnością zalicza się do nich formacja Ciastko, która zarejestrowała swój materiał w październiku 1992 roku (!) i przez splot różnych przeciwności losu ta muzyka dotarła wówczas do słuchaczy jedynie na niewielkim chyba nakładzie kaset, wydanych przez Akademickie Radio Pomorze(!). Przez lata nagrania leżały sobie na kasecie DAT aż wujek Gusstaff postanowił pokazać je światu i "ocalić od zapomnienia". W tamtym czasie tak się w Polsce właściwie nie grało (z kilkoma wyjątkami). Wściekły gitarowy noise z czytelnymi wpływami amerykańskiej szkoły spod szyldu Amphetamine Reptile czy Trance Syndicate z wielojęzycznymi tekstami. W legendarnym zinie KOREK tak kończyła się recenzja tego materiału: "Pomysłów w tym wiele, zabawa w chowanego i kiedy ostatni dźwięk cichnie, wcale nie czuję się 40' starszy. Bez przesady uznaję dokonania CIASTKA za ważne na tle autodestrukcji rodzimej muzyki. Igor Formacja Ciastko jest jedną z tych białych plam na rynku muzyki alternatywnej. Album Ciastko ukazał się na winylu i płycie CD 26 lat po jego rejestracji! Okazuje się, że możliwość zapoznania się z nim miała jedynie wąska liczba słuchaczy, bo tylu zdobyło kasetową edycję wydaną przez Akademickie Radio Pomorze. Całość została zarejestrowana w szczecińskim studiu ARP między 2 a 4 października 1992 roku. Ciastko w składzie: Klaudiusz Kwapiszewski (wokal), Zbigniew Michalczuk (gitara), Tomasz Małyszko (gitara), Piotr Ludwiczak (bas) oraz Sławomir Bartecki (perkusja), okazało się jednym z najbardziej bezkompromisowych tworów tamtych lat. Nawet w roku bieżącym ten odkurzony z taśmy DAT materiał nadal robi wrażenie skrajnym podejściem do rockowej formuły. Ciastko zapuszczało się na dosyć rzadko uczęszczane szlaki gitarowego noise i alternatywy. Wzorcowa może tu być szkoła ekspresyjnego grania, jakie na swoich wydawnictwach prezentowała osławiona amerykańska tłocznia Amphetamine Reptaile. To spod jej skrzydeł wypłynęły takie perełki noise rocka jak ceniona formacja Today is a day. Rodzime Ciastko prezentuje nie mniej surową, gitarową wściekliznę. Rozsadzając formułę klasycznej piosenki, proponują atonalny czad pełen zgrzytów, przesterów i łomoczących partii perkusyjnych. Maniera wokalisty, który swoimi spazmatycznymi wokalami przechodzącymi w opętańcze krzyki, bynajmniej nie uspokaja tu atmosfery. Anarchizujące, groteskowe i poetyckie zarazem teksty, podane w tej wywrotowej dawce gitarowych spazmów stają się niemalże wizytówką spod znaku hałaśliwej obskury. Materiał wart posłuchania, chociażby po to, by zapoznać się z siłą i potencjałem tej formacji ze sceny alternatywnej, która po prostu nie miała szczęścia i przepadła w odmętach czasu. Czwarkiel ..::TRACK-LIST::.. 1. Niema Totamto 2. Reißen 3. Spokojna Niedziela 4. Sucker 5. Hymn 6. Marsz 7. Cito Et Veni 8. Walz 9. Vive La France 10. Hey 11. Nobody ..::OBSADA::.. Klaudiusz Kwapiszewski - głos Zbigniew Michalczuk - gitara Tomasz Małyszko - gitara Piotr Ludwiczak - basetla Sławomir Bartecki - perkusja gościnnie: Sławomir Błęcki - piano, głosy Robert Jabłoński - głosy https://www.youtube.com/watch?v=fBI29zd1yv4 SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 0
Komentarze: 0
Data dodania:
2026-02-10 17:01:12
Rozmiar: 106.31 MB
Peerów: 0
Dodał: Fallen_Angel
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI...
..::OPIS::.. Płyta, która właściwie powinna ukazać się... 26 lat temu, kolejna biała plama z historii muzyki znika: O niektórych artystach mówi się, że wyprzedzili swój czas. Z pewnością zalicza się do nich formacja Ciastko, która zarejestrowała swój materiał w październiku 1992 roku (!) i przez splot różnych przeciwności losu ta muzyka dotarła wówczas do słuchaczy jedynie na niewielkim chyba nakładzie kaset, wydanych przez Akademickie Radio Pomorze(!). Przez lata nagrania leżały sobie na kasecie DAT aż wujek Gusstaff postanowił pokazać je światu i "ocalić od zapomnienia". W tamtym czasie tak się w Polsce właściwie nie grało (z kilkoma wyjątkami). Wściekły gitarowy noise z czytelnymi wpływami amerykańskiej szkoły spod szyldu Amphetamine Reptile czy Trance Syndicate z wielojęzycznymi tekstami. W legendarnym zinie KOREK tak kończyła się recenzja tego materiału: "Pomysłów w tym wiele, zabawa w chowanego i kiedy ostatni dźwięk cichnie, wcale nie czuję się 40' starszy. Bez przesady uznaję dokonania CIASTKA za ważne na tle autodestrukcji rodzimej muzyki. Igor Formacja Ciastko jest jedną z tych białych plam na rynku muzyki alternatywnej. Album Ciastko ukazał się na winylu i płycie CD 26 lat po jego rejestracji! Okazuje się, że możliwość zapoznania się z nim miała jedynie wąska liczba słuchaczy, bo tylu zdobyło kasetową edycję wydaną przez Akademickie Radio Pomorze. Całość została zarejestrowana w szczecińskim studiu ARP między 2 a 4 października 1992 roku. Ciastko w składzie: Klaudiusz Kwapiszewski (wokal), Zbigniew Michalczuk (gitara), Tomasz Małyszko (gitara), Piotr Ludwiczak (bas) oraz Sławomir Bartecki (perkusja), okazało się jednym z najbardziej bezkompromisowych tworów tamtych lat. Nawet w roku bieżącym ten odkurzony z taśmy DAT materiał nadal robi wrażenie skrajnym podejściem do rockowej formuły. Ciastko zapuszczało się na dosyć rzadko uczęszczane szlaki gitarowego noise i alternatywy. Wzorcowa może tu być szkoła ekspresyjnego grania, jakie na swoich wydawnictwach prezentowała osławiona amerykańska tłocznia Amphetamine Reptaile. To spod jej skrzydeł wypłynęły takie perełki noise rocka jak ceniona formacja Today is a day. Rodzime Ciastko prezentuje nie mniej surową, gitarową wściekliznę. Rozsadzając formułę klasycznej piosenki, proponują atonalny czad pełen zgrzytów, przesterów i łomoczących partii perkusyjnych. Maniera wokalisty, który swoimi spazmatycznymi wokalami przechodzącymi w opętańcze krzyki, bynajmniej nie uspokaja tu atmosfery. Anarchizujące, groteskowe i poetyckie zarazem teksty, podane w tej wywrotowej dawce gitarowych spazmów stają się niemalże wizytówką spod znaku hałaśliwej obskury. Materiał wart posłuchania, chociażby po to, by zapoznać się z siłą i potencjałem tej formacji ze sceny alternatywnej, która po prostu nie miała szczęścia i przepadła w odmętach czasu. Czwarkiel ..::TRACK-LIST::.. 1. Niema Totamto 2. Reißen 3. Spokojna Niedziela 4. Sucker 5. Hymn 6. Marsz 7. Cito Et Veni 8. Walz 9. Vive La France 10. Hey 11. Nobody ..::OBSADA::.. Klaudiusz Kwapiszewski - głos Zbigniew Michalczuk - gitara Tomasz Małyszko - gitara Piotr Ludwiczak - basetla Sławomir Bartecki - perkusja gościnnie: Sławomir Błęcki - piano, głosy Robert Jabłoński - głosy https://www.youtube.com/watch?v=fBI29zd1yv4 SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 0
Komentarze: 0
Data dodania:
2026-02-10 16:57:11
Rozmiar: 306.82 MB
Peerów: 0
Dodał: Fallen_Angel
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI...
..::OPIS::.. Hugo Race i Michelangelo Russo nie są nowicjuszami ani jeśli chodzi o Johna Lee Hookera ani tym bradziej w temacie bluesa. Blues zawsze był podstawą ich muzyki w ich zespole Hugo Race & The True Spirit, teraz w setną rocznicę urodzin króla bluesa postanowili we dwójkę przedstawić jego pieśni we własnym języku. Płyta została nagrana w czasie jednej, trwającej cały dzień i całą noc sesji w Berlinie w studiu Borisa Wilsdorfa (Einstürzende Neubauten), w czasie której Hugo i Michelangelo spojrzeli z perspektywy 21. wieku na spuściznę delta-bluesa Johna Lee Hookera, magicznie mieszając analogową wytrwałość z głębokim transowym pulsem. Wybór utworów to historia sama w sobie: od spektakularnych wczesnych klasyków „Hobo Blues“ i „Country Boy“ do późnego bluesa Hookera „The World Today“ i „The Motor City's Burning“ (jest to właściwie utwór autorstwa MC5, nagrany potem przez Hookera w delta-bluesowej wersji. Wymyślona przez Race'a i Russo wizja Hookera to jednocześnie blues, elektronika, awangarda i ambient, hołd złożony jednemu z największych w prehistorii rock and rolla. Hugo Race and Michelangelo Russo are no strangers to either Hooker or the blues. Hailed as a supreme influence on the music of their band Hugo Race & The True Spirit, here the duo create a full sensory immersion in John Lee Hooker’s World Today with devastating singularity of purpose. Recorded in a single, continuous day and night session in Berlin at andereBaustelle studio of Boris Wilsdorf (Einsturzende Neubauten), this is an epic album of sonic sorcery suspended in time and place, looking back through twenty-first century eyes at John Lee Hooker’s delta blues legacy in a swirling mix of analogue grit and deep trance pulses. The selection of tracks tells a story in itself; from the runaway twelve-year old boy of the desolate classics ‘Hobo Blues’ and ‘Country Boy’ to the worldly-wise elder Hooker of ‘The World Today’ (originally from Hooker ‘n Heat) and 'The Motor City’s Burning' (a cover of Hooker’s cover of the MC5 classic), the album traces the arc of a life from pre-modernity to the Now on the 100th anniversary of Hooker’s birth. Race and Russo’s reimagining of Hooker is simultaneously blues, electronica, avant-garde and ambient, a homage to one of the greats of rock and roll prehistory, delivered with a sting and a twist more relevant than ever to The World Today. ..::TRACK-LIST::.. 1. Hobo Blues 09:50 2. Love Blues 03:06 3. Serves You Right To Suffer 06:11 4. Decoration Day 05:46 5. The World Today 03:49 6. The Motor City's Burning 06:54 7. Country Boy 06:03 8. When My First Wife Left Me 05:56 https://www.youtube.com/watch?v=QLXN5LNYm2U SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 0
Komentarze: 0
Data dodania:
2026-02-08 19:53:37
Rozmiar: 110.99 MB
Peerów: 0
Dodał: Fallen_Angel
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI...
..::OPIS::.. Hugo Race i Michelangelo Russo nie są nowicjuszami ani jeśli chodzi o Johna Lee Hookera ani tym bradziej w temacie bluesa. Blues zawsze był podstawą ich muzyki w ich zespole Hugo Race & The True Spirit, teraz w setną rocznicę urodzin króla bluesa postanowili we dwójkę przedstawić jego pieśni we własnym języku. Płyta została nagrana w czasie jednej, trwającej cały dzień i całą noc sesji w Berlinie w studiu Borisa Wilsdorfa (Einstürzende Neubauten), w czasie której Hugo i Michelangelo spojrzeli z perspektywy 21. wieku na spuściznę delta-bluesa Johna Lee Hookera, magicznie mieszając analogową wytrwałość z głębokim transowym pulsem. Wybór utworów to historia sama w sobie: od spektakularnych wczesnych klasyków „Hobo Blues“ i „Country Boy“ do późnego bluesa Hookera „The World Today“ i „The Motor City's Burning“ (jest to właściwie utwór autorstwa MC5, nagrany potem przez Hookera w delta-bluesowej wersji. Wymyślona przez Race'a i Russo wizja Hookera to jednocześnie blues, elektronika, awangarda i ambient, hołd złożony jednemu z największych w prehistorii rock and rolla. Hugo Race and Michelangelo Russo are no strangers to either Hooker or the blues. Hailed as a supreme influence on the music of their band Hugo Race & The True Spirit, here the duo create a full sensory immersion in John Lee Hooker’s World Today with devastating singularity of purpose. Recorded in a single, continuous day and night session in Berlin at andereBaustelle studio of Boris Wilsdorf (Einsturzende Neubauten), this is an epic album of sonic sorcery suspended in time and place, looking back through twenty-first century eyes at John Lee Hooker’s delta blues legacy in a swirling mix of analogue grit and deep trance pulses. The selection of tracks tells a story in itself; from the runaway twelve-year old boy of the desolate classics ‘Hobo Blues’ and ‘Country Boy’ to the worldly-wise elder Hooker of ‘The World Today’ (originally from Hooker ‘n Heat) and 'The Motor City’s Burning' (a cover of Hooker’s cover of the MC5 classic), the album traces the arc of a life from pre-modernity to the Now on the 100th anniversary of Hooker’s birth. Race and Russo’s reimagining of Hooker is simultaneously blues, electronica, avant-garde and ambient, a homage to one of the greats of rock and roll prehistory, delivered with a sting and a twist more relevant than ever to The World Today. ..::TRACK-LIST::.. 1. Hobo Blues 09:50 2. Love Blues 03:06 3. Serves You Right To Suffer 06:11 4. Decoration Day 05:46 5. The World Today 03:49 6. The Motor City's Burning 06:54 7. Country Boy 06:03 8. When My First Wife Left Me 05:56 https://www.youtube.com/watch?v=QLXN5LNYm2U SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 0
Komentarze: 0
Data dodania:
2026-02-08 19:48:13
Rozmiar: 243.97 MB
Peerów: 0
Dodał: Fallen_Angel
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI...
..::OPIS::.. Hugo Race to nie tylko artysta, który na koncertach powoduje ciarki na plecach, Hugo Race to także artysta, który wciąż się zmienia, ewoluuje, zaskakuje swoją publiczność i do tego jest niezwykle płodny. W ubiegłym roku otrzymaliśmy płytę "Ambuscado" oraz kolejną odsłonę jego avant-popowego projektu Sepiatone, teraz zaskakuje nas kolejnym tytułem. Nad ta nową płytą pracował od dwóch lat, a nagrywał go ze swą grupą True Spirit przez ponad 2 miesiące w Melbourne. Hugo Race nieustannie wędruje między różnymi światami, i to w wielu znaczeniach tego słowa. Ten małomówny facet z Australii z poważnym wyrazem twarzy ma długą muzyczną przeszłość. Już w 1983 wraz z Nickiem Cave'em zakładał The Bad Seeds, współtworzył grupę The Wreckery, by w końcu na początku lat 90-tych zacząć nagrywać płyty firmowane nazwą Hugo Race & True Spirit. True Spirit to wciąż zmieniający się kolektyw muzyków, którego jedynym stałym muzykiem jest do dziś perkusista Chris Hughes. Także Marta Collica, z którą Hugo współtworzy projekt Sepiatone jest od dawna częścią True Spirit. Pod szyldem Hugo Race & True Spirit ukazało się do tej pory już kilkanaście płyt, większość legendarnej wytwórni Glitterhouse. Mieszkał w tym czasie na zmianę w Berlinie, na Sycylii i w Melbourne. Dzięki tym zmianom otoczenia także brzmienie jego muzyki wciąż się zmieniało, pełne bagiennego bluesa, industrialnego hałasu, psychodelii, ambientu czy nawet trip-hopu. Jego muzyka wciąż jest głęboka, mroczna, pełna tajemnic, tworzy własny rodzaj duchowości, rozpoznawalny wciąż mimo rozbieżności stylistycznych na każdej płycie. Na nowej płycie "Taoist Priests" z powrotem odnalazły się wszystkie nastroje i odcienie brzmień z ostatnich sześciu albumów. Nowe piosenki opowiadają o najgłębszych pokładach psychiki i duszy. Jego zredukowany, charakterystyczny głos śpiewa o strachu, demonach ale także o cieniach naszej teraźniejszości. Globalny chaos jest zbyt wielki, człowiek zbyt zachłanny, kłamstwa zbyt ogromne, żeby o nich nie opowiadać. Hugo Race'a interesują przede wszystkim napięcia i zależności między światem wewnętrznym i zewnętrznym. "Taoist Priests" to nie tylko dobry kawał muzyki pełen inteligentnych tekstów, ale to przede wszystkim cholernie autentyczna płyta, których ostatnio tak mało widzimy na skomercjalizowanym do granic wytrzymałości rynku muzycznym. Hugo Race zagrał już w Polsce 2 trasy koncertowe, w maju 2006 przyjeżdża na kolejne koncerty, nadstawiajcie uszu... 'Hugo Race and the True Spirit are both passionate bluesmen and accomplished sonic adventurers. By any measure, that is a rare combination. Their new album "Taoist Priests" crackles, slithers, haunts and convinces. If you are not already listening, it is high time that you did." Chris Eckman (Walkabouts) “i think hugo race is one of the most original and exciting artists around, i really dug his gig in prague awhile back and think he deserves to be a lot better known in the world.” Gary Lucas Hugo Race sam o sobie: “I'm a prolific artist as you might know. The last 3 years I've released a series of albums: the ambient soundtrack-style noise psychedelia of Transfargo "Mil Transit": the urban dreamscapes of the "Goldstreet Sessions": the Italian montage of "Merola Matrix": the trip-pop of Sepiatone's "Dark Summer": the raw cosmic blues of "Ambuscado": the live garage rock of "Live in Monaco". For me, these six albums have been a journey of exploration through my creative psyche where I've let tangents unfold and the music that’s in me emerge without judgement or self-consciousness. On this new Spirit album, which is very much a songwriters album with the emphasis on the lyrics and vocals, all of the sounds and moods of the previous six albums have been fused into one total vision that is a kind of multi-layered self-portrait. I had to deconstruct everything to find out what I'm about. Here I'm dealing with my own demons and also with the demons unleashed in our epoch. I turn away from nothing because I'm after transparent clarity, but the mirror is black. This is a record full of honest lyrics that focus on the external and personal worlds, on how they link and reflect each other, on hypocrisy and greed and self-deception, set against a background of 21st century political soap opera and global chaos; but its also about transcendence and the revelatory power of the naked truth on a personal level. Quit telling lies to ourselves and in so doing stop the spread of lies all around us on every level. I called this project the True Spirit because I believe in the spiritual power of music as a way to uplift and celebrate, not just as a form of light entertainment. This album is the result of all the work I've created before it, so everything I've ever done is inside it. We have the musical skills and the production skills, but more we have an integrity and a commitment to a personal, uncompromising vision of ourselves as independent artists. We've seen a lot of hard times and some terrible luck, and commercial success has never been ours, but we keep on producing international albums that impact on audiences around the world, attracting new fans and expanding our repertoire, not just of songs, but of sounds and concepts. The True Spirit keeps on growing. Our aim is to create our own commercial niche, in the way other artists from Giant Sand to Flaming Lips to Will Oldham have done, just to name a few obvious examples.' ..::TRACK-LIST::.. ..::OBSADA::.. 1. Taoist Priest 5:33 Bass Guitar, Percussion - Giovanni Ferrario Drums, Steel Guitar [Steelstring Guitar] - Chris Hughes Electronics, Vocals, Harp - Michelangelo Russo Slide Guitar, Vocals, Mellotron - Hugo Race Synthesizer - Marta Collica Vocals - Bryan Colechin 2. Ready To Go 4:46 Bass, Vocals - Bryan Colechin Drums - Chris Hughes Guitar, Vocals, Piano - Hugo Race Percussion - Giovanni Ferrario Trombone, Kalimba, Harp - Michelangelo Russo 3. I Know You 4:12 Arranged By [String Arrangement] - Marcello Caudullo Bass Guitar - Giovanni Ferrario Cello - Phaedra Press Drums - Chris Hughes Guitar, Vocals - Hugo Race Piano - Marta Collica Violin - Robin Casinader Vocals - Daniela Ardito Vocals, Trumpet - Michelangelo Russo 4. On The Bright Side 3:30 Bass Guitar - Bryan Colechin Drums, Percussion - Chris Hughes Electric Piano, Vocals, Guitar - Hugo Race Trombone, Vocals - Michelangelo Russo 5. Into The Void 3:59 Bass Guitar – Giovanni Ferrario Drums – Chris Hughes (3) Electric Organ [Hammond] – Marta Collica Guitar, Vocals, Mellotron – Hugo Race Piano – Nico Mansy Vocals – Bryan Colechin, Michelangelo Russo 6. Unknown 04 3:18 Guitar, Keyboards, Drums - Hugo Race Trumpet, Electronics - Michelangelo Russo 7. Beyond Babylon 4:25 Bass Guitar - Bryan Colechin Drums, Synthesizer - Chris Hughes Drums, Vocals, Guitar, Synth - Hugo Race Electronics, Trumpet - Michelangelo Russo Vocals - Marta Collica, Violetta Del Conte Race 8. Cold Mother 5:40 Banjo - Cesare Basile Bass Guitar - Bryan Colechin Brass, Percussion [Rods] - Michelangelo Russo Guitar [Ebo], Percussion - Chris Hughes Guitar, Vocals, Synth - Hugo Race Steel Guitar [Steelstring Guitar] - Giovanni Ferrario 9. Don't Mess Around 4:47 Bass Guitar - Bryan Colechin Drums - Cesare Basile Electric Organ [Hammond] - Marta Collica Guitar, Vocals - Hugo Race Keyboards [Bass Pedals] - Giovanni Ferrario Percussion - Chris Hughes Trombone - Michelangelo Russo 10. Walker 4:51 Bass, Vocals - Bryan Colechin Clarinet - Nick Boddington Drums - Brett Poliness Electronics, Trumpet, Vocals - Michelangelo Russo Synthesizer [Fm7], Vocals, Guitar - Hugo Race 11. Daytura 6:27 Bass Guitar - Bryan Colechin Bass, Vocals, Guitar, Electric Piano, Electric Organ [Hammond] - Hugo Race Drums - Brett Poliness Trumpet, Harp - Michelangelo Russo 12. Pray On 3:49 Bass [Slide], Vocals - Bryan Colechin Guitar, Vocals - Hugo Race Percussion - Brett Poliness Piano - Nico Mansy Trumpet, Vocals - Michelangelo Russo 3:49 13. Untitled 2:32 https://www.youtube.com/watch?v=Zjw3mTbxxX8 SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!..::OBSADA::..
Seedów: 0
Komentarze: 0
Data dodania:
2026-02-01 10:38:40
Rozmiar: 142.91 MB
Peerów: 0
Dodał: Fallen_Angel
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI...
..::OPIS::.. Hugo Race to nie tylko artysta, który na koncertach powoduje ciarki na plecach, Hugo Race to także artysta, który wciąż się zmienia, ewoluuje, zaskakuje swoją publiczność i do tego jest niezwykle płodny. W ubiegłym roku otrzymaliśmy płytę "Ambuscado" oraz kolejną odsłonę jego avant-popowego projektu Sepiatone, teraz zaskakuje nas kolejnym tytułem. Nad ta nową płytą pracował od dwóch lat, a nagrywał go ze swą grupą True Spirit przez ponad 2 miesiące w Melbourne. Hugo Race nieustannie wędruje między różnymi światami, i to w wielu znaczeniach tego słowa. Ten małomówny facet z Australii z poważnym wyrazem twarzy ma długą muzyczną przeszłość. Już w 1983 wraz z Nickiem Cave'em zakładał The Bad Seeds, współtworzył grupę The Wreckery, by w końcu na początku lat 90-tych zacząć nagrywać płyty firmowane nazwą Hugo Race & True Spirit. True Spirit to wciąż zmieniający się kolektyw muzyków, którego jedynym stałym muzykiem jest do dziś perkusista Chris Hughes. Także Marta Collica, z którą Hugo współtworzy projekt Sepiatone jest od dawna częścią True Spirit. Pod szyldem Hugo Race & True Spirit ukazało się do tej pory już kilkanaście płyt, większość legendarnej wytwórni Glitterhouse. Mieszkał w tym czasie na zmianę w Berlinie, na Sycylii i w Melbourne. Dzięki tym zmianom otoczenia także brzmienie jego muzyki wciąż się zmieniało, pełne bagiennego bluesa, industrialnego hałasu, psychodelii, ambientu czy nawet trip-hopu. Jego muzyka wciąż jest głęboka, mroczna, pełna tajemnic, tworzy własny rodzaj duchowości, rozpoznawalny wciąż mimo rozbieżności stylistycznych na każdej płycie. Na nowej płycie "Taoist Priests" z powrotem odnalazły się wszystkie nastroje i odcienie brzmień z ostatnich sześciu albumów. Nowe piosenki opowiadają o najgłębszych pokładach psychiki i duszy. Jego zredukowany, charakterystyczny głos śpiewa o strachu, demonach ale także o cieniach naszej teraźniejszości. Globalny chaos jest zbyt wielki, człowiek zbyt zachłanny, kłamstwa zbyt ogromne, żeby o nich nie opowiadać. Hugo Race'a interesują przede wszystkim napięcia i zależności między światem wewnętrznym i zewnętrznym. "Taoist Priests" to nie tylko dobry kawał muzyki pełen inteligentnych tekstów, ale to przede wszystkim cholernie autentyczna płyta, których ostatnio tak mało widzimy na skomercjalizowanym do granic wytrzymałości rynku muzycznym. Hugo Race zagrał już w Polsce 2 trasy koncertowe, w maju 2006 przyjeżdża na kolejne koncerty, nadstawiajcie uszu... 'Hugo Race and the True Spirit are both passionate bluesmen and accomplished sonic adventurers. By any measure, that is a rare combination. Their new album "Taoist Priests" crackles, slithers, haunts and convinces. If you are not already listening, it is high time that you did." Chris Eckman (Walkabouts) “i think hugo race is one of the most original and exciting artists around, i really dug his gig in prague awhile back and think he deserves to be a lot better known in the world.” Gary Lucas Hugo Race sam o sobie: “I'm a prolific artist as you might know. The last 3 years I've released a series of albums: the ambient soundtrack-style noise psychedelia of Transfargo "Mil Transit": the urban dreamscapes of the "Goldstreet Sessions": the Italian montage of "Merola Matrix": the trip-pop of Sepiatone's "Dark Summer": the raw cosmic blues of "Ambuscado": the live garage rock of "Live in Monaco". For me, these six albums have been a journey of exploration through my creative psyche where I've let tangents unfold and the music that’s in me emerge without judgement or self-consciousness. On this new Spirit album, which is very much a songwriters album with the emphasis on the lyrics and vocals, all of the sounds and moods of the previous six albums have been fused into one total vision that is a kind of multi-layered self-portrait. I had to deconstruct everything to find out what I'm about. Here I'm dealing with my own demons and also with the demons unleashed in our epoch. I turn away from nothing because I'm after transparent clarity, but the mirror is black. This is a record full of honest lyrics that focus on the external and personal worlds, on how they link and reflect each other, on hypocrisy and greed and self-deception, set against a background of 21st century political soap opera and global chaos; but its also about transcendence and the revelatory power of the naked truth on a personal level. Quit telling lies to ourselves and in so doing stop the spread of lies all around us on every level. I called this project the True Spirit because I believe in the spiritual power of music as a way to uplift and celebrate, not just as a form of light entertainment. This album is the result of all the work I've created before it, so everything I've ever done is inside it. We have the musical skills and the production skills, but more we have an integrity and a commitment to a personal, uncompromising vision of ourselves as independent artists. We've seen a lot of hard times and some terrible luck, and commercial success has never been ours, but we keep on producing international albums that impact on audiences around the world, attracting new fans and expanding our repertoire, not just of songs, but of sounds and concepts. The True Spirit keeps on growing. Our aim is to create our own commercial niche, in the way other artists from Giant Sand to Flaming Lips to Will Oldham have done, just to name a few obvious examples.' ..::TRACK-LIST::.. ..::OBSADA::.. 1. Taoist Priest 5:33 Bass Guitar, Percussion - Giovanni Ferrario Drums, Steel Guitar [Steelstring Guitar] - Chris Hughes Electronics, Vocals, Harp - Michelangelo Russo Slide Guitar, Vocals, Mellotron - Hugo Race Synthesizer - Marta Collica Vocals - Bryan Colechin 2. Ready To Go 4:46 Bass, Vocals - Bryan Colechin Drums - Chris Hughes Guitar, Vocals, Piano - Hugo Race Percussion - Giovanni Ferrario Trombone, Kalimba, Harp - Michelangelo Russo 3. I Know You 4:12 Arranged By [String Arrangement] - Marcello Caudullo Bass Guitar - Giovanni Ferrario Cello - Phaedra Press Drums - Chris Hughes Guitar, Vocals - Hugo Race Piano - Marta Collica Violin - Robin Casinader Vocals - Daniela Ardito Vocals, Trumpet - Michelangelo Russo 4. On The Bright Side 3:30 Bass Guitar - Bryan Colechin Drums, Percussion - Chris Hughes Electric Piano, Vocals, Guitar - Hugo Race Trombone, Vocals - Michelangelo Russo 5. Into The Void 3:59 Bass Guitar – Giovanni Ferrario Drums – Chris Hughes (3) Electric Organ [Hammond] – Marta Collica Guitar, Vocals, Mellotron – Hugo Race Piano – Nico Mansy Vocals – Bryan Colechin, Michelangelo Russo 6. Unknown 04 3:18 Guitar, Keyboards, Drums - Hugo Race Trumpet, Electronics - Michelangelo Russo 7. Beyond Babylon 4:25 Bass Guitar - Bryan Colechin Drums, Synthesizer - Chris Hughes Drums, Vocals, Guitar, Synth - Hugo Race Electronics, Trumpet - Michelangelo Russo Vocals - Marta Collica, Violetta Del Conte Race 8. Cold Mother 5:40 Banjo - Cesare Basile Bass Guitar - Bryan Colechin Brass, Percussion [Rods] - Michelangelo Russo Guitar [Ebo], Percussion - Chris Hughes Guitar, Vocals, Synth - Hugo Race Steel Guitar [Steelstring Guitar] - Giovanni Ferrario 9. Don't Mess Around 4:47 Bass Guitar - Bryan Colechin Drums - Cesare Basile Electric Organ [Hammond] - Marta Collica Guitar, Vocals - Hugo Race Keyboards [Bass Pedals] - Giovanni Ferrario Percussion - Chris Hughes Trombone - Michelangelo Russo 10. Walker 4:51 Bass, Vocals - Bryan Colechin Clarinet - Nick Boddington Drums - Brett Poliness Electronics, Trumpet, Vocals - Michelangelo Russo Synthesizer [Fm7], Vocals, Guitar - Hugo Race 11. Daytura 6:27 Bass Guitar - Bryan Colechin Bass, Vocals, Guitar, Electric Piano, Electric Organ [Hammond] - Hugo Race Drums - Brett Poliness Trumpet, Harp - Michelangelo Russo 12. Pray On 3:49 Bass [Slide], Vocals - Bryan Colechin Guitar, Vocals - Hugo Race Percussion - Brett Poliness Piano - Nico Mansy Trumpet, Vocals - Michelangelo Russo 3:49 13. Untitled 2:32 https://www.youtube.com/watch?v=Zjw3mTbxxX8 SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 0
Komentarze: 0
Data dodania:
2026-02-01 10:33:30
Rozmiar: 347.09 MB
Peerów: 0
Dodał: Fallen_Angel
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI..
..::OPIS::.. Trójmiejska scena muzyczna od lat ma się bardzo dobrze. W połowie października tego roku otrzymaliśmy kolejny dowód, który to tylko potwierdza. Zespół Sztylety, bo to właśnie o nich mowa, w 2020 zadebiutowali albumem „Zostaw po sobie dobre wrażenie”. Rok później dołożyli tzw. split album „BSNT // Odczuwaj Lekki Dyskomfort” (został on wydany wspólnie z zespołem Żurawie, czyli kolejnym ciekawym przedstawicielem wspomnianej na początku sceny). To były bardzo udane wydawnictwa, ale krążek „Tak będzie lepiej” bije je na głowę. Zespół Sztylety na rynku jest już obecny od pięciu lat. Gdańsko-warszawska załoga cały czas buduje swoją pozycję. Myślę, że najnowszy album może muzykom wyłącznie pomóc w osiąganiu kolejnych celów, które sobie wcześniej założyli. W swojej twórczości łączą wpływy post-hardcore’u, indie i noise rocka. Grupie nie obce są także brzmienia metalowe. Dlatego właśnie na „Tak będzie lepiej” iskrzy się od pomysłów. I to w obrębie jednego utworu. Choć całość trwa niecałe 37 minut, to zastosowanymi rozwiązaniami można byłoby obdzielić spokojnie kilka albumów. W skrócie: panowie w swojej muzycznej kuchni mają na półkach naprawdę mnóstwo składników. Co istotne – nie wahają się ich wszystkich użyć. To sprawia, że mamy do czynienia z daniem, które chce się jeść wielokrotnie. Dlaczego? Bo nie wiadomo, który smak, przy kolejnym odsłuchu, wybije się na pierwszy plan. Prawda jest taka, że słuchając utworów z „Tak będzie lepiej” za każdym razem odkrywałem coś nowego. Zespół Sztylety dba o to, żeby działo się sporo. Najważniejsze jest jednak to, że muzyka nie przytłacza. Gwałtowne zmiany nastrojów nie powodują bólu głowy. Weźmy chociażby otwierający „Nigdy nie ustaliłem”. Ściana dźwięku? Jest. Rozdzierający wokal? Także. Ale panowie potrafią to wszystko również ciut uspokoić, żeby słuchacz mógł wziąć głęboki oddech i zatracić się w tej magicznej krainie. Głównie album „Tak będzie lepiej” jest oparty na momentach czadowych. Metalowo robi się w „Biegunach” i mamy do czynienia z jazdą bez trzymanki. Choć prawdziwe tornado czeka nas w „Ile można”. Na liczniku 1:16 i… nic więcej dodawać nie trzeba. Tego trzeba posłuchać. Bardzo lubię także niepokojący „Blask”, który łączy ze sobą dwa światy – spokojniejszy z tym mocniejszym. I wychodzi to rewelacyjnie. Zespół Sztylety, tak naprawdę, zwalnia na dłuższy moment wyłącznie w psychodelicznym „Pływaniu”. To z pewnością będzie idealny numer, aby go rozbudowywać na żywo. Skoro mówimy o koncertach to wiadomo, że „Trucizny i klątwy” sprawdzi się do tego, aby rozkręcić konkretne pogo. Jest brud, są krzyki (skandowany refren), nie brakuje przesterów. To znaki rozpoznawcze tej grupy. Album zamykają natomiast „Skamieliny”, czyli utwór, który zwraca na siebie uwagę tekstem. Zachęcam do zagłębienia się w jego treść. Do końca roku pozostały niecałe dwa miesiące. Oczywiście, przed nami są jeszcze premiery, ale… nie wygląda na to, żeby któraś z nich mogła zagrozić drugiemu studyjnemu krążkowi Zespołu Sztylety. „Tak będzie lepiej” rozwala na łopatki. Czapki z głów przed muzykami grupy, dla których gatunkowe ograniczenia nie istnieją. I to jest największa siła tej ekipy. Aż strach pomyśleć, co panowie w przyszłości jeszcze wymyślą. Szymon Bijak Zespół Sztylety to gdańska grupa noise punkowa istniejąca od 2018 roku. Miała do tej pory na koncie jeden album pt. „Zostaw po sobie dobre wrażenie” z 2020 roku. W ich twórczości przeplatają się wpływy licznych nurtów muzycznych takich jak: noise, emo, post-hardcore a miejscami nawet metal. Ich najnowsza płyta "Tak Będzie lepiej” ukazała się pod koniec 2023. Jak wyszła im ta agresywna i emocjonalna mieszanka? To jaki będzie ten album zapowiada już pierwsza kompozycja pt. „Nigdy nie ustaliłem”. Zarówno w warstwie lirycznej, jak i muzycznej – Szelewa ogłasza, że „jak było tak będzie - brudno”. Już w tym numerze słychać rozbudowanie i różnorodność kompozycji – delikatne dźwięki gitary radykalnie przechodzą w czadowe, thrashowe wręcz granie. Metalowe brzmienie czuć także w wielu innych numerach – warto tu wyróżnić „Trucizny i klątwy”. Tych skojarzeń przysparza tu w ogromnym stopniu wokal – nie będący growlem, a jednocześnie w podobny sposób „wiercący” w głowie. Za to „Pływanie” to dużo spokojniejsza piosenka, pomimo tego, gitarę ciężko tu nazwać delikatną, gdyż w refrenie jest dość brudna, nie brak jej punkowego pazura. „Czasem” kojarzy się już za to bardziej z brzmieniem indie i emo. „Blask” to utwór klasycznie post-hardcorowy, z niezwykle nośnym, hymnowym wręcz, na wzór Fugazi, refrenem. Podobnie „Zagłada” – jest tu niezwykle dużo melodyjności, choć tytuł sugeruje raczej znów niemal metalowy czad. Często wokal w ciekawy sposób kontrastuje z warstwą muzyczną. W krótkim „Ile można” brutalny atak gitary i basu towarzyszy śpiewowi, połączonemu raczej z krzykiem, nie przypominającym już, tak jak w „Truciznach i klątwach” i „Biegunach”, growlu. Pokazuje to jak wszechstronny jest Szelewa. Cały album świetnie zamykają „Skamieliny”. Świetnie brzmiąca partia gitary towarzyszy punkowemu, znów raz klasycznie hardcorowemu, raz pełnemu emocjonalnego krzyku, śpiewowi. Doskonale zamyka też album swoim tekstem. Zdecydowanie warto zwrócić uwagę na warstwę liryczną. Po pierwszym przesłuchaniu możnaby odnieść wrażenie, że grupa miejscami ucieka w beznadziejny nihilizm. Wydaje mi się jednak, że pomimo tego iż zespół śpiewa: „Wszyscy zdechniemy, pokryje nas piach”, chce „otworzyć im serca i oczy”. Nie robi tego jednak w przesadnie moralizujący i radykalny sposób. Łatwo odnaleźć się w tych tekstach młodemu człowiekowi, chociażby ja znalazłem tam niezwykle dużo siebie. Jest tu dosyć dużo pesymizmu i odniesień do kwestii tak przyziemnych, jak choćby poszukiwanie pracy, podatki i inflacja. Komentarze na temat popkultury i otaczającej rzeczywistości nie są pisane „z góry”, lecz przez ludzi partycypujących przecież w społeczeństwie. Oprócz ostatniego numeru wyróżniłbym tu także najspokojniejsze na płycie „Pływanie”. Tekst nienachalnie wzywa do spojrzenia w głąb siebie i analizy swoich własnych dążeń i ambicji. Płyta zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Słychać że Zespół Sztylety nagrał ten materiał prosto z serca, zarówno w warstwie muzycznej jak i lirycznej. Zderzenie gatunków, w jakich się porusza brzmi świetnie. Nie jest ono tylko dobrze brzmiącym sloganem, lecz własnym wypracowanym stylem. [8/10] Jakub Krawiec Bywało już tak w historii polskiej muzyki rockowej, że to właśnie od morza szedł powiew świeżości i awangardy. Trójmiejsko-warszawski Zespół Sztylety wpisuje się w nurt kapel niekonwencjonalnie podchodzących do gitarowego rzemiosła, które jednak przy śmiałym łączeniu różnych konwencji wciąż nie zapominają o klasycznych nawiązaniach. Przy odrobinie eksperymentów i pewnej dawce melodii, formacja nie wypada ze zgrzytliwych, hałaśliwych i niepokornych ram. Zespół Sztylety meandruje, na bazie znanych rozwiązań szukając swojego stylu. S.T. Szelewa (wokal i bas), Ł. Orzeszko (gitara), M. Szewczyk (gitara) i I. Macikowski (perkusja) łączą pewne elementy śmiało i bez kompleksów, choć jeszcze z pewną młodzieńczą niepokornością i wrażliwością – pewnie części konserwatywnej publiczności utrudni to odbiór, powoduje początkowy opór. Zupełnie niesłusznie. Chęci do poszukiwań i eksperymentów nie odbierają numerom siły rażenia, a przede wszystkim spójności artystycznej wypowiedzi. Płyta Tak będzie lepiej brzmi jak album właśnie, a nie zbiór przypadkowych numerów. Skutecznym lepiszczem różnorodnych wątków jest produkcja (mix i mastering Marek Przybyszewski), w której słychać ducha subpopowej skromności, gdzie dysonans i zgrzyt nie jest wrogiem, a kompanem. Po drugie, przewodnikiem jest w tej podróży młodzieńczy głos S.T. Szelewy, rozpinający się od romantycznego śpiewu, poprzez skandowanie, aż po core’owy krzyk. Nie jest to maniera wokalna, która przekona wszystkich, ale jest w niej naturalność. Teksty dobrze przegryzają się z przybrudzoną muzyką. Nie ma w piosenkach kapeli wiele optymizmu, ale też obywa się bez pozowania na modny dziś nihilizm i kult marności. Boję się użyć określenia „emo”, bo nie chcę skrzywdzić Zespołu Sztylety łatką, która jest wyświechtana i ma już dziś lekko pejoratywny wydźwięk. Jednak muzyka i teksty są emocjonalne w dobrym tego słowa znaczeniu. Odnaleźć można na Tak będzie lepiej garażowego ducha Fugazi i Mudhoney, pewną dawkę romantyczności podawanej z popowymi wręcz melodi, post-hardcore’owe hałasy, ale i odrobinę psychodelii i shoegze’owego rozmycia. A propos tego dźwiękowego rozmarzenia, do gustu najbardziej przypadł mi kawałek Pływanie. Zarzuciwszy go na słuchawki i idąc na spacer chwilowo nie mam po co wracać do domu. Zespół Sztylety nie trzyma się mocno formuły zwrotka-refren. Czasem w obrębie jednego, krótkiego numeru dzieje się nawet więcej, niż by wypadało (nie mylić z progresywnym zacięciem i programową komplikacją). Nawet króciutki, trwający niewiele ponad minutę Ile można przynosi skondensowaną dawkę muzycznych i lirycznych porywów, więc nie da się go nazwać jakimś przerywnikiem. Zwłaszcza, że zdaje się mówić coś o pokoleniowych wątpliwościach ubranych w codzienny kontekst. Ciut łatwiej będzie się odnaleźć w tym świecie młodszym (duchem) słuchaczom – nawet, gdy Zespół Sztylety serwuje dobrze znane składniki, lubi je mieszać w nieco innych proporcjach i niekonwencjonalnych zestawieniach. Nie dziwi to już tych, którzy spotykają na modnych festiwalach artystów z bardzo różnych parafii. Po niezwykle ciepło przyjętym debiutanckim krążku Zostaw po sobie dobre wrażenie, którego buńczuczne zawołanie okazało się profetyczne, Zespół Sztylety potwierdza, że nie jest sezonową ciekawostką. Dostrzegam jednak wciąż przestrzeń na rozwój, okrzepnięcie formuły, skupienia się na najciekawszych pomysłach. Dla formacji znajdzie się w tym roku miejsce zarówno na wielkich festiwalach, jak i niszowych imprezach, w brudnych klubach, ale i w radiu. Na jakich pozycjach się okopią? Czas pokaże. 36 minut to dość, by pokazać, że muzyka rockowa jest wciąż witalna, że niewiele trzeba zabiegów, by podać ją w świeży sposób, a przystępne nie musi być dalekie słowa eksperymentalne. Jeśli nadmiernie chwalę tę płytę, to także dlatego, że mało jest podobnych prób brania się za garażową klasykę w nowym, świeżym wydaniu – a przynajmniej niewiele tego przebija się do mainstreamu. Chciałbym, aby była to rockowa codzienność, wtedy można by było poprzebierać, ponarzekać, wytknąć błędy. A tak wypada przede wszystkim chwalić. Paweł Lach Zespół Sztylety obcy był dla mnie, dopóki nie dostałem ich płyty – jak to określił wydawca – nawet nie do recenzji, bo to poza targetem Chaos Vault. No i lubię jak ktoś tak do tego podchodzi, a nie wysyła coś totalnie z czapy i jeszcze marudzi, że gupi recenzent nie zrozumiał płyty. Bo ja muzyki Zespołu Sztylety totalnie nie rozumiem, przynajmniej tej, którą zaprezentowali na „Tak Będzie Lepiej”. Nie będę zgrywał oświeconego redakturka, który ma wyrobione zdanie na temat każdej muzyki, zazwyczaj zapożyczone od starszych kolegów po fachu. Nie znam się na inspiracjach, którymi żywią się te chłopaki, a nawet jeśli coś tam mi pobrzmiewa, to podejrzewam że raczej nie to Zespół Sztylety miał na myśli. Ja tu słyszę rock, z wieloma warstwami i żadna z nich nie jest tym ciepłym rockowym kocykiem, którym lubię się otulać. Nie wiem, czy to nadawałoby się na juwenalia, na Męskie Granie czy na Openera lub Offestival. Raczej nie nadawałoby się na gigi na które zwykłem chodzić – choć pewnie twórcy „Tak Będzie Lepiej” to co robią, robią dobrze. Tak wnioskuję z recenzji tej płyty, które przeczytałem (tak, 95% nazw w nich niewiele mi mówi). No, może poza punkowymi naleciałościami – te brzmią jak dla mnie bardzo fajnie. Ale na pewno na plus mogę wyróżnić teksty na tej płycie – napisane po polsku, z głową i z przekazem. Podobają mi się, no ale ja lubię polską prozę więc może to przez to. Czy polecę Wam kupno tej płyty? Nie wiem. Jeśli macie bardzo eklektyczny gust muzyczny – być może przypadnie Wam do gustu. Wszak nie wydaje tego pierwsza lepsza wytwórnia, no a i bardziej światli recenzenci ode mnie to chwalili. U mnie ta płyta leci na półkę, może kiedyś ją zrozumiem. Oracle ..::TRACK-LIST::.. 1. Nigdy nie ustaliłem 02:55 2. Czasem 03:41 3. Blask 04:24 4. Bieguni 04:44 5. Ile można 01:16 6. Pływanie 04:59 7. Trucizny i klątwy 03:22 8. Informacja zwrotna 03:18 9. Zagłada 03:31 10. Skamieliny 04:38 https://www.youtube.com/watch?v=YlTVd7vAvUI SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 0
Komentarze: 0
Data dodania:
2026-01-15 16:08:05
Rozmiar: 92.65 MB
Peerów: 0
Dodał: Fallen_Angel
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI..
..::OPIS::.. Trójmiejska scena muzyczna od lat ma się bardzo dobrze. W połowie października tego roku otrzymaliśmy kolejny dowód, który to tylko potwierdza. Zespół Sztylety, bo to właśnie o nich mowa, w 2020 zadebiutowali albumem „Zostaw po sobie dobre wrażenie”. Rok później dołożyli tzw. split album „BSNT // Odczuwaj Lekki Dyskomfort” (został on wydany wspólnie z zespołem Żurawie, czyli kolejnym ciekawym przedstawicielem wspomnianej na początku sceny). To były bardzo udane wydawnictwa, ale krążek „Tak będzie lepiej” bije je na głowę. Zespół Sztylety na rynku jest już obecny od pięciu lat. Gdańsko-warszawska załoga cały czas buduje swoją pozycję. Myślę, że najnowszy album może muzykom wyłącznie pomóc w osiąganiu kolejnych celów, które sobie wcześniej założyli. W swojej twórczości łączą wpływy post-hardcore’u, indie i noise rocka. Grupie nie obce są także brzmienia metalowe. Dlatego właśnie na „Tak będzie lepiej” iskrzy się od pomysłów. I to w obrębie jednego utworu. Choć całość trwa niecałe 37 minut, to zastosowanymi rozwiązaniami można byłoby obdzielić spokojnie kilka albumów. W skrócie: panowie w swojej muzycznej kuchni mają na półkach naprawdę mnóstwo składników. Co istotne – nie wahają się ich wszystkich użyć. To sprawia, że mamy do czynienia z daniem, które chce się jeść wielokrotnie. Dlaczego? Bo nie wiadomo, który smak, przy kolejnym odsłuchu, wybije się na pierwszy plan. Prawda jest taka, że słuchając utworów z „Tak będzie lepiej” za każdym razem odkrywałem coś nowego. Zespół Sztylety dba o to, żeby działo się sporo. Najważniejsze jest jednak to, że muzyka nie przytłacza. Gwałtowne zmiany nastrojów nie powodują bólu głowy. Weźmy chociażby otwierający „Nigdy nie ustaliłem”. Ściana dźwięku? Jest. Rozdzierający wokal? Także. Ale panowie potrafią to wszystko również ciut uspokoić, żeby słuchacz mógł wziąć głęboki oddech i zatracić się w tej magicznej krainie. Głównie album „Tak będzie lepiej” jest oparty na momentach czadowych. Metalowo robi się w „Biegunach” i mamy do czynienia z jazdą bez trzymanki. Choć prawdziwe tornado czeka nas w „Ile można”. Na liczniku 1:16 i… nic więcej dodawać nie trzeba. Tego trzeba posłuchać. Bardzo lubię także niepokojący „Blask”, który łączy ze sobą dwa światy – spokojniejszy z tym mocniejszym. I wychodzi to rewelacyjnie. Zespół Sztylety, tak naprawdę, zwalnia na dłuższy moment wyłącznie w psychodelicznym „Pływaniu”. To z pewnością będzie idealny numer, aby go rozbudowywać na żywo. Skoro mówimy o koncertach to wiadomo, że „Trucizny i klątwy” sprawdzi się do tego, aby rozkręcić konkretne pogo. Jest brud, są krzyki (skandowany refren), nie brakuje przesterów. To znaki rozpoznawcze tej grupy. Album zamykają natomiast „Skamieliny”, czyli utwór, który zwraca na siebie uwagę tekstem. Zachęcam do zagłębienia się w jego treść. Do końca roku pozostały niecałe dwa miesiące. Oczywiście, przed nami są jeszcze premiery, ale… nie wygląda na to, żeby któraś z nich mogła zagrozić drugiemu studyjnemu krążkowi Zespołu Sztylety. „Tak będzie lepiej” rozwala na łopatki. Czapki z głów przed muzykami grupy, dla których gatunkowe ograniczenia nie istnieją. I to jest największa siła tej ekipy. Aż strach pomyśleć, co panowie w przyszłości jeszcze wymyślą. Szymon Bijak Zespół Sztylety to gdańska grupa noise punkowa istniejąca od 2018 roku. Miała do tej pory na koncie jeden album pt. „Zostaw po sobie dobre wrażenie” z 2020 roku. W ich twórczości przeplatają się wpływy licznych nurtów muzycznych takich jak: noise, emo, post-hardcore a miejscami nawet metal. Ich najnowsza płyta "Tak Będzie lepiej” ukazała się pod koniec 2023. Jak wyszła im ta agresywna i emocjonalna mieszanka? To jaki będzie ten album zapowiada już pierwsza kompozycja pt. „Nigdy nie ustaliłem”. Zarówno w warstwie lirycznej, jak i muzycznej – Szelewa ogłasza, że „jak było tak będzie - brudno”. Już w tym numerze słychać rozbudowanie i różnorodność kompozycji – delikatne dźwięki gitary radykalnie przechodzą w czadowe, thrashowe wręcz granie. Metalowe brzmienie czuć także w wielu innych numerach – warto tu wyróżnić „Trucizny i klątwy”. Tych skojarzeń przysparza tu w ogromnym stopniu wokal – nie będący growlem, a jednocześnie w podobny sposób „wiercący” w głowie. Za to „Pływanie” to dużo spokojniejsza piosenka, pomimo tego, gitarę ciężko tu nazwać delikatną, gdyż w refrenie jest dość brudna, nie brak jej punkowego pazura. „Czasem” kojarzy się już za to bardziej z brzmieniem indie i emo. „Blask” to utwór klasycznie post-hardcorowy, z niezwykle nośnym, hymnowym wręcz, na wzór Fugazi, refrenem. Podobnie „Zagłada” – jest tu niezwykle dużo melodyjności, choć tytuł sugeruje raczej znów niemal metalowy czad. Często wokal w ciekawy sposób kontrastuje z warstwą muzyczną. W krótkim „Ile można” brutalny atak gitary i basu towarzyszy śpiewowi, połączonemu raczej z krzykiem, nie przypominającym już, tak jak w „Truciznach i klątwach” i „Biegunach”, growlu. Pokazuje to jak wszechstronny jest Szelewa. Cały album świetnie zamykają „Skamieliny”. Świetnie brzmiąca partia gitary towarzyszy punkowemu, znów raz klasycznie hardcorowemu, raz pełnemu emocjonalnego krzyku, śpiewowi. Doskonale zamyka też album swoim tekstem. Zdecydowanie warto zwrócić uwagę na warstwę liryczną. Po pierwszym przesłuchaniu możnaby odnieść wrażenie, że grupa miejscami ucieka w beznadziejny nihilizm. Wydaje mi się jednak, że pomimo tego iż zespół śpiewa: „Wszyscy zdechniemy, pokryje nas piach”, chce „otworzyć im serca i oczy”. Nie robi tego jednak w przesadnie moralizujący i radykalny sposób. Łatwo odnaleźć się w tych tekstach młodemu człowiekowi, chociażby ja znalazłem tam niezwykle dużo siebie. Jest tu dosyć dużo pesymizmu i odniesień do kwestii tak przyziemnych, jak choćby poszukiwanie pracy, podatki i inflacja. Komentarze na temat popkultury i otaczającej rzeczywistości nie są pisane „z góry”, lecz przez ludzi partycypujących przecież w społeczeństwie. Oprócz ostatniego numeru wyróżniłbym tu także najspokojniejsze na płycie „Pływanie”. Tekst nienachalnie wzywa do spojrzenia w głąb siebie i analizy swoich własnych dążeń i ambicji. Płyta zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Słychać że Zespół Sztylety nagrał ten materiał prosto z serca, zarówno w warstwie muzycznej jak i lirycznej. Zderzenie gatunków, w jakich się porusza brzmi świetnie. Nie jest ono tylko dobrze brzmiącym sloganem, lecz własnym wypracowanym stylem. [8/10] Jakub Krawiec Bywało już tak w historii polskiej muzyki rockowej, że to właśnie od morza szedł powiew świeżości i awangardy. Trójmiejsko-warszawski Zespół Sztylety wpisuje się w nurt kapel niekonwencjonalnie podchodzących do gitarowego rzemiosła, które jednak przy śmiałym łączeniu różnych konwencji wciąż nie zapominają o klasycznych nawiązaniach. Przy odrobinie eksperymentów i pewnej dawce melodii, formacja nie wypada ze zgrzytliwych, hałaśliwych i niepokornych ram. Zespół Sztylety meandruje, na bazie znanych rozwiązań szukając swojego stylu. S.T. Szelewa (wokal i bas), Ł. Orzeszko (gitara), M. Szewczyk (gitara) i I. Macikowski (perkusja) łączą pewne elementy śmiało i bez kompleksów, choć jeszcze z pewną młodzieńczą niepokornością i wrażliwością – pewnie części konserwatywnej publiczności utrudni to odbiór, powoduje początkowy opór. Zupełnie niesłusznie. Chęci do poszukiwań i eksperymentów nie odbierają numerom siły rażenia, a przede wszystkim spójności artystycznej wypowiedzi. Płyta Tak będzie lepiej brzmi jak album właśnie, a nie zbiór przypadkowych numerów. Skutecznym lepiszczem różnorodnych wątków jest produkcja (mix i mastering Marek Przybyszewski), w której słychać ducha subpopowej skromności, gdzie dysonans i zgrzyt nie jest wrogiem, a kompanem. Po drugie, przewodnikiem jest w tej podróży młodzieńczy głos S.T. Szelewy, rozpinający się od romantycznego śpiewu, poprzez skandowanie, aż po core’owy krzyk. Nie jest to maniera wokalna, która przekona wszystkich, ale jest w niej naturalność. Teksty dobrze przegryzają się z przybrudzoną muzyką. Nie ma w piosenkach kapeli wiele optymizmu, ale też obywa się bez pozowania na modny dziś nihilizm i kult marności. Boję się użyć określenia „emo”, bo nie chcę skrzywdzić Zespołu Sztylety łatką, która jest wyświechtana i ma już dziś lekko pejoratywny wydźwięk. Jednak muzyka i teksty są emocjonalne w dobrym tego słowa znaczeniu. Odnaleźć można na Tak będzie lepiej garażowego ducha Fugazi i Mudhoney, pewną dawkę romantyczności podawanej z popowymi wręcz melodi, post-hardcore’owe hałasy, ale i odrobinę psychodelii i shoegze’owego rozmycia. A propos tego dźwiękowego rozmarzenia, do gustu najbardziej przypadł mi kawałek Pływanie. Zarzuciwszy go na słuchawki i idąc na spacer chwilowo nie mam po co wracać do domu. Zespół Sztylety nie trzyma się mocno formuły zwrotka-refren. Czasem w obrębie jednego, krótkiego numeru dzieje się nawet więcej, niż by wypadało (nie mylić z progresywnym zacięciem i programową komplikacją). Nawet króciutki, trwający niewiele ponad minutę Ile można przynosi skondensowaną dawkę muzycznych i lirycznych porywów, więc nie da się go nazwać jakimś przerywnikiem. Zwłaszcza, że zdaje się mówić coś o pokoleniowych wątpliwościach ubranych w codzienny kontekst. Ciut łatwiej będzie się odnaleźć w tym świecie młodszym (duchem) słuchaczom – nawet, gdy Zespół Sztylety serwuje dobrze znane składniki, lubi je mieszać w nieco innych proporcjach i niekonwencjonalnych zestawieniach. Nie dziwi to już tych, którzy spotykają na modnych festiwalach artystów z bardzo różnych parafii. Po niezwykle ciepło przyjętym debiutanckim krążku Zostaw po sobie dobre wrażenie, którego buńczuczne zawołanie okazało się profetyczne, Zespół Sztylety potwierdza, że nie jest sezonową ciekawostką. Dostrzegam jednak wciąż przestrzeń na rozwój, okrzepnięcie formuły, skupienia się na najciekawszych pomysłach. Dla formacji znajdzie się w tym roku miejsce zarówno na wielkich festiwalach, jak i niszowych imprezach, w brudnych klubach, ale i w radiu. Na jakich pozycjach się okopią? Czas pokaże. 36 minut to dość, by pokazać, że muzyka rockowa jest wciąż witalna, że niewiele trzeba zabiegów, by podać ją w świeży sposób, a przystępne nie musi być dalekie słowa eksperymentalne. Jeśli nadmiernie chwalę tę płytę, to także dlatego, że mało jest podobnych prób brania się za garażową klasykę w nowym, świeżym wydaniu – a przynajmniej niewiele tego przebija się do mainstreamu. Chciałbym, aby była to rockowa codzienność, wtedy można by było poprzebierać, ponarzekać, wytknąć błędy. A tak wypada przede wszystkim chwalić. Paweł Lach Zespół Sztylety obcy był dla mnie, dopóki nie dostałem ich płyty – jak to określił wydawca – nawet nie do recenzji, bo to poza targetem Chaos Vault. No i lubię jak ktoś tak do tego podchodzi, a nie wysyła coś totalnie z czapy i jeszcze marudzi, że gupi recenzent nie zrozumiał płyty. Bo ja muzyki Zespołu Sztylety totalnie nie rozumiem, przynajmniej tej, którą zaprezentowali na „Tak Będzie Lepiej”. Nie będę zgrywał oświeconego redakturka, który ma wyrobione zdanie na temat każdej muzyki, zazwyczaj zapożyczone od starszych kolegów po fachu. Nie znam się na inspiracjach, którymi żywią się te chłopaki, a nawet jeśli coś tam mi pobrzmiewa, to podejrzewam że raczej nie to Zespół Sztylety miał na myśli. Ja tu słyszę rock, z wieloma warstwami i żadna z nich nie jest tym ciepłym rockowym kocykiem, którym lubię się otulać. Nie wiem, czy to nadawałoby się na juwenalia, na Męskie Granie czy na Openera lub Offestival. Raczej nie nadawałoby się na gigi na które zwykłem chodzić – choć pewnie twórcy „Tak Będzie Lepiej” to co robią, robią dobrze. Tak wnioskuję z recenzji tej płyty, które przeczytałem (tak, 95% nazw w nich niewiele mi mówi). No, może poza punkowymi naleciałościami – te brzmią jak dla mnie bardzo fajnie. Ale na pewno na plus mogę wyróżnić teksty na tej płycie – napisane po polsku, z głową i z przekazem. Podobają mi się, no ale ja lubię polską prozę więc może to przez to. Czy polecę Wam kupno tej płyty? Nie wiem. Jeśli macie bardzo eklektyczny gust muzyczny – być może przypadnie Wam do gustu. Wszak nie wydaje tego pierwsza lepsza wytwórnia, no a i bardziej światli recenzenci ode mnie to chwalili. U mnie ta płyta leci na półkę, może kiedyś ją zrozumiem. Oracle ..::TRACK-LIST::.. 1. Nigdy nie ustaliłem 02:55 2. Czasem 03:41 3. Blask 04:24 4. Bieguni 04:44 5. Ile można 01:16 6. Pływanie 04:59 7. Trucizny i klątwy 03:22 8. Informacja zwrotna 03:18 9. Zagłada 03:31 10. Skamieliny 04:38 https://www.youtube.com/watch?v=YlTVd7vAvUI SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 0
Komentarze: 0
Data dodania:
2026-01-15 16:01:29
Rozmiar: 269.35 MB
Peerów: 0
Dodał: Fallen_Angel
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI..
..::OPIS::.. Minimalistyczne szaleństwo, matematyczna i post-rockowa precyzja, eksplozja, werbalna kwasowość. Jeden z najlepszych dotychczasowych albumów tego tria, porównywalny z takimi perełkami jak 'At Action Park' i '1000 Hurts'. Nie ma tu ani jednego niewypału! FA Shellac shaved off a few layers of fat for Dude Incredible. The change suits them, although it’s less a change and more a re-discovery of something they once did so well. Gone are the eight-minute-plus opening tracks, gone are the leaden riffs that dragged Excellent Italian Greyhound to its knees. Instead, this record is nine songs of mercilessly lean rock spat out in a half hour and change. This isn’t the sound of a group in its comfort zone, despite appearances to the contrary: Shellac’s status as ATP house band may have been fun as hell as a gig—especially when given carte blanche to bring along pals like Oxbow and Mission of Burma whenever they liked—but the gig eventually grew staid, similar to acts that endlessly trawl the reunion circuit, especially considering that new Shellac songs don’t exactly appear very often. Still, appearances can be deceptive, and those ATP shows were often as bone-crunchingly brilliant, disruptive, and hilarious as any of their other appearances. Despite all that—this is Shellac’s first album in seven years, following another seven-year gap between their prior two records—Dude Incredible sounds surprisingly vital. The songs came together in a piecemeal style, from sessions at Steve Albini’s Electrical Audio studios over the past few years. There’s an overall focus to the record that belies its haphazard construction, with the second half of the record even bearing a dash of conceptual thinking in its suite of “surveyor”-themed songs (a notion Albini has already batted away as “circumstantial”). Dude Incredible further demonstrates how remarkably patient this band can be; the riffing that drives the Bob Weston-fronted “Compliant” is controlled and targeted on precision, with all three band members locked around a feeling of anticipation that only gets loosened in a burst of seconds-long anger at its close. It’s such an unusual structure—all build, and a payoff so brief it barely exists—that it’s hard to know whether to feel shortchanged or to marvel at their restraint. Sending out confusing signals is all part of the Shellac regime and always has been, but here it’s faster, funnier, and delivered with far more impact than on Greyhound. The riffing on “Dude Incredible” and “The People’s Microphone” is among their finest guitar work to date; the former is all meatheaded grind morphing into all-out battle charge, with Albini yelling and straining over the top, sounding like he’s lost in a state of total release, while the latter is all twisted, knotty confusion, full of bursts of sublime repetition and turns you never anticipate coming around the bend. The overriding feeling is of all three members locking together so tightly because of a compulsion to be in this spot, offloading a whole load of pain and anger onto the world. It’s a very male energy, of course—the idea of Albini being in touch with his feminine side is amusing, to say the least—but at least he can joke about it, as there’s a reason his song about sexual intercourse, “You Came In Me”, is all over in a little over two minutes. Something that’s radically shifted on this record is in its weightiest piece, which previously found form in extended works such as the opening cuts of Terraform and Greyhound. Here, it’s spread out over several tracks beginning with “All the Surveyors”, a song about the occupation of many of the Founding Fathers, that lands somewhere between absurdity (medieval chants, Albini cawing like a bird) and heads-down heft that pins you to the mat and never lets go. The bird noises even feel like a callback to one of their heaviest (and best) moments, the thunderous “Wingwalker”. Another echo of the past comes in “Gary”, with Albini again focussing on life in a small American city (Gary, Indiana, in this case) just as he did in a more brutal way on Big Black’s “Jordan, Minnesota”. It’s the quietest moment on the album, but the level of tension remains the same, especially as Albini positively seethes through its central lyric. What’s most impressive here, and what ties Shellac to their former peers who are either long gone at this point or grinding through the reunion treadmill, is the level of commitment involved. Albini’s a sweaty mess, Weston’s bass only gains more meat to it over the years, and Todd Trainer remains a drummer whose every hit sounds like it hurts a hundred times more than the last. It’s like they took a look at what they were doing and pulled everything apart, rediscovering the level of discomfort that drives them, and working out why they really need to be doing this in the process. Prior records often contained a track or two that were lost somewhere between inspiration, endurance tests, and technical feats (“Didn't We Deserve a Look at You the Way You Really Are” from Terraform ticks all those boxes), but there’s none of that here. Instead, Shellac go straight for your throat and don't loosen their grip until the bitter end. Nick Neyland ..::TRACK-LIST::.. 1. Dude Incredible 06:00 2. Compliant 03:38 3. You Came In Me 02:06 4. Riding Bikes 05:28 5. All the Surveyors 03:20 6. The People's Microphone 03:13 7. Gary 04:00 8. Mayor/Surveyor 01:41 9. Surveyor 03:12 ..::OBSADA::.. Steve Albini - guitar, vocals Todd Trainer - drums, vocals Bob Weston - bass, vocals https://www.youtube.com/watch?v=StooJzxAfrc SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 0
Komentarze: 0
Data dodania:
2026-01-06 12:12:22
Rozmiar: 78.28 MB
Peerów: 0
Dodał: Fallen_Angel
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI..
..::OPIS::.. Minimalistyczne szaleństwo, matematyczna i post-rockowa precyzja, eksplozja, werbalna kwasowość. Jeden z najlepszych dotychczasowych albumów tego tria, porównywalny z takimi perełkami jak 'At Action Park' i '1000 Hurts'. Nie ma tu ani jednego niewypału! FA Shellac shaved off a few layers of fat for Dude Incredible. The change suits them, although it’s less a change and more a re-discovery of something they once did so well. Gone are the eight-minute-plus opening tracks, gone are the leaden riffs that dragged Excellent Italian Greyhound to its knees. Instead, this record is nine songs of mercilessly lean rock spat out in a half hour and change. This isn’t the sound of a group in its comfort zone, despite appearances to the contrary: Shellac’s status as ATP house band may have been fun as hell as a gig—especially when given carte blanche to bring along pals like Oxbow and Mission of Burma whenever they liked—but the gig eventually grew staid, similar to acts that endlessly trawl the reunion circuit, especially considering that new Shellac songs don’t exactly appear very often. Still, appearances can be deceptive, and those ATP shows were often as bone-crunchingly brilliant, disruptive, and hilarious as any of their other appearances. Despite all that—this is Shellac’s first album in seven years, following another seven-year gap between their prior two records—Dude Incredible sounds surprisingly vital. The songs came together in a piecemeal style, from sessions at Steve Albini’s Electrical Audio studios over the past few years. There’s an overall focus to the record that belies its haphazard construction, with the second half of the record even bearing a dash of conceptual thinking in its suite of “surveyor”-themed songs (a notion Albini has already batted away as “circumstantial”). Dude Incredible further demonstrates how remarkably patient this band can be; the riffing that drives the Bob Weston-fronted “Compliant” is controlled and targeted on precision, with all three band members locked around a feeling of anticipation that only gets loosened in a burst of seconds-long anger at its close. It’s such an unusual structure—all build, and a payoff so brief it barely exists—that it’s hard to know whether to feel shortchanged or to marvel at their restraint. Sending out confusing signals is all part of the Shellac regime and always has been, but here it’s faster, funnier, and delivered with far more impact than on Greyhound. The riffing on “Dude Incredible” and “The People’s Microphone” is among their finest guitar work to date; the former is all meatheaded grind morphing into all-out battle charge, with Albini yelling and straining over the top, sounding like he’s lost in a state of total release, while the latter is all twisted, knotty confusion, full of bursts of sublime repetition and turns you never anticipate coming around the bend. The overriding feeling is of all three members locking together so tightly because of a compulsion to be in this spot, offloading a whole load of pain and anger onto the world. It’s a very male energy, of course—the idea of Albini being in touch with his feminine side is amusing, to say the least—but at least he can joke about it, as there’s a reason his song about sexual intercourse, “You Came In Me”, is all over in a little over two minutes. Something that’s radically shifted on this record is in its weightiest piece, which previously found form in extended works such as the opening cuts of Terraform and Greyhound. Here, it’s spread out over several tracks beginning with “All the Surveyors”, a song about the occupation of many of the Founding Fathers, that lands somewhere between absurdity (medieval chants, Albini cawing like a bird) and heads-down heft that pins you to the mat and never lets go. The bird noises even feel like a callback to one of their heaviest (and best) moments, the thunderous “Wingwalker”. Another echo of the past comes in “Gary”, with Albini again focussing on life in a small American city (Gary, Indiana, in this case) just as he did in a more brutal way on Big Black’s “Jordan, Minnesota”. It’s the quietest moment on the album, but the level of tension remains the same, especially as Albini positively seethes through its central lyric. What’s most impressive here, and what ties Shellac to their former peers who are either long gone at this point or grinding through the reunion treadmill, is the level of commitment involved. Albini’s a sweaty mess, Weston’s bass only gains more meat to it over the years, and Todd Trainer remains a drummer whose every hit sounds like it hurts a hundred times more than the last. It’s like they took a look at what they were doing and pulled everything apart, rediscovering the level of discomfort that drives them, and working out why they really need to be doing this in the process. Prior records often contained a track or two that were lost somewhere between inspiration, endurance tests, and technical feats (“Didn't We Deserve a Look at You the Way You Really Are” from Terraform ticks all those boxes), but there’s none of that here. Instead, Shellac go straight for your throat and don't loosen their grip until the bitter end. Nick Neyland ..::TRACK-LIST::.. 1. Dude Incredible 06:00 2. Compliant 03:38 3. You Came In Me 02:06 4. Riding Bikes 05:28 5. All the Surveyors 03:20 6. The People's Microphone 03:13 7. Gary 04:00 8. Mayor/Surveyor 01:41 9. Surveyor 03:12 ..::OBSADA::.. Steve Albini - guitar, vocals Todd Trainer - drums, vocals Bob Weston - bass, vocals https://www.youtube.com/watch?v=StooJzxAfrc SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 0
Komentarze: 0
Data dodania:
2026-01-06 12:08:11
Rozmiar: 218.74 MB
Peerów: 0
Dodał: Fallen_Angel
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI..
..::OPIS::.. You barely have time to register the humming, swirling buzz of the Hammond organ that opens this, Swedish behemoths Switchblade’s sixth self-titled LP, before they are upon you. Sky-scraping, monolithic guitars and the crack of drums that have the heft and swing of a mastodon’s ballsack suddenly fill the air around you. There is no escape, you will be crushed under the weight of a thousand gravities. It’s been a long three years since 2009’s dark masterpiece and in that time empires have crumbled, lesser bands have come and gone and Switchblade themselves have become a duo. Shedding a bassist back in 2010, the band are now pared back to just drummer Tim Bertilsson and guitarist Johan Folkesson, with Folkesson taking care of the low end via a guitar signal split into a towering array of guitar and bass amps. As the band’s maxim states – Less Is Still More. For this recording, the duo have taken a very organic approach to their overall sound – something mirrored in the cover art, a simple shot of the band’s equipment set up in front of a rock-face, surrounded by trees, grass and leaves – paring their already minimalist style right down on the one hand, whilst expanding their sonic palette via the integration of another instrument and differing vocalists on the other. In the words of the band themselves, they have “…tak(en) one big step forward and two steps backward.” Joining Bertilsson and Folkesson on this recording are Per Wiberg (Ex-of Opeth and Spiritual Beggars, amongst others) on Hammond organ – an unusual choice of instrument for a band so known for their angular coldness, you may (incorrectly) think – and vocalists The Cuckoo (of Terra Tenebrosa), Lord Seth (AKA Jonas Renkse of old Katatonia) and David Johansson (of Kongh and The Eternal Void), along with occasional contributions from Bertilsson. Ostensibly split into three ‘movements’ which ebb and flow into one another, creating what is essentially one thirty-seven-minute recording, Switchbladeis a darkly sprawling, densely packed monster that still manages to let some light escape through cracks in its carapace as the band allow the music to ‘breathe’ via gulfs of hanging skeletal guitar, much as on the previous album (albeit more organic in tone, not as cold and brittle sounding as before). When the band lock into full swing, however, the sound is so thick and full that one could leave teethmarks in it. ‘Movement I’fades in via Wiberg’s thrumming, sinister Hammond, almost instantly overshadowed by a colossally lumbering groove from Folkesson and Bertilsson that, as I stated earlier, swings like the scrotum of an enormous shaggy beast. After some time pounding this monster rhythm out, Bertilsson and Wiberg recede, leaving Folkesson hanging alone in space. The guitarist carves angular patterns in the dead air alone before being re-joined by drums, organ and the demented whispering and howling of Terra Tenebrosa’s The Cuckoo as Switchblade lock into another hypnotic groove section. Think Sleep, circa Jerusalem, playing Krautrock through a filter of molasses and you’ll have some idea of how hard it swings. Wiberg’s Hammond growls, buzzes and swirls around Folkesson’s tightly reined-in guitar line, driven by Bertilsson’s powerful, focused percussive thwack and embroidered by the slightly buried lunacy of The Cuckoo, vocals layered up just on the edge of hearing for the most part. ‘Movement I’has barely receded into darkness when ‘Movement II’ kicks in with a brooding, slow-burning riff that flirts with discord before swaggering into some heavy slow-mo prog moves. Wiberg’s Hammond really adds bite here, harshly skirling around the guitar and prowling like some lithe, spiky creature. Wiberg and Bertilsson drop out again momentarily, allowing Folkesson to paint those discordant chords in the air once more, but soon pile drive back in accompanied by the dry, throaty growl of Lord Seth (AKA Jonas Renkse) in one of the most aggressively-paced moments of the album. Sure, the band hardly break a sweat as far as BPM goes, but the intent and vigour is venomous in the extreme as weight piles upon weight, driven forward inexorably until breaking point is reached and the sound opens out once again. The harshness of Lord Seth is replaced by the honeyed croon of David Johansson for this final section of the movement, adding a lighter textural feel to proceedings, although Wiberg’s fizzing Hammond goes a long way toward adding a paranoiac edge. The Khanate feel of the last album briefly resurfaces at the beginning of ‘Movement III’ before being swept away in a stomping assault that lurches into a groove that sounds for all the world like classic Celtic Frost at half-speed, Lord Seth death-rattling above it whilst The Cuckoo circles once more on the periphery whispering and insinuating. As the track progresses, Switchblade’s ‘Less Is Still More’maxim comes firmly into play with everything grinding down into cyclopean blocks of guitar and drums, spaced apart and driven into the ground as though from a great height. Wiberg, Lord Seth and The Cuckoo add texture to the granite tower-like sound constructions of Bertilsson and Folkesson whilst allowing focus to remain on the central duo. Last time around, you may remember I pondered exactly howSwitchblade could possibly top their 2009 album, ifindeed they could. Well I’m happy to say that this recording just about knocks their last into a cocked hat with ease and aplomb, and that I was a fool to doubt them. They may have taken a couple of steps back, in as far as losing a bassist and having to refine their sound further in light of this, but in doing so it has allowed the remaining duo to make a light-year leap forward in how to actually approach and deploy their sound and how to integrate outside sounds into it without losing their essential identity. Listening to Switchbladeit’s clear that for Folkesson and Bertilsson the future is wide openand the world of sound is well and truly their oyster. They can count on me to ride with them for the duration and follow them wherever they steer themselves next, which, on thisevidence, could be anywhere. Paul Robertson ..::TRACK-LIST::.. 1. Movement I 14:34 - Grave I - Dissonance I - Coda I 2. Movement II 10:48 - Nocturne - Mezzo - Coda II 3. Movement III 11:33 - Grave II - Dissonance II - Elegy - Finale ..::OBSADA::.. Tim Bertilsson - drums Johan Folkesson - guitars Guest musicians: The Cuckoo - vocals Jonas Renkse - vocals David Johansson - vocals Per Wiberg - organ https://www.youtube.com/watch?v=UZanMc7_2dg SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 0
Komentarze: 0
Data dodania:
2025-12-28 15:33:50
Rozmiar: 86.84 MB
Peerów: 0
Dodał: Fallen_Angel
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI..
..::OPIS::.. You barely have time to register the humming, swirling buzz of the Hammond organ that opens this, Swedish behemoths Switchblade’s sixth self-titled LP, before they are upon you. Sky-scraping, monolithic guitars and the crack of drums that have the heft and swing of a mastodon’s ballsack suddenly fill the air around you. There is no escape, you will be crushed under the weight of a thousand gravities. It’s been a long three years since 2009’s dark masterpiece and in that time empires have crumbled, lesser bands have come and gone and Switchblade themselves have become a duo. Shedding a bassist back in 2010, the band are now pared back to just drummer Tim Bertilsson and guitarist Johan Folkesson, with Folkesson taking care of the low end via a guitar signal split into a towering array of guitar and bass amps. As the band’s maxim states – Less Is Still More. For this recording, the duo have taken a very organic approach to their overall sound – something mirrored in the cover art, a simple shot of the band’s equipment set up in front of a rock-face, surrounded by trees, grass and leaves – paring their already minimalist style right down on the one hand, whilst expanding their sonic palette via the integration of another instrument and differing vocalists on the other. In the words of the band themselves, they have “…tak(en) one big step forward and two steps backward.” Joining Bertilsson and Folkesson on this recording are Per Wiberg (Ex-of Opeth and Spiritual Beggars, amongst others) on Hammond organ – an unusual choice of instrument for a band so known for their angular coldness, you may (incorrectly) think – and vocalists The Cuckoo (of Terra Tenebrosa), Lord Seth (AKA Jonas Renkse of old Katatonia) and David Johansson (of Kongh and The Eternal Void), along with occasional contributions from Bertilsson. Ostensibly split into three ‘movements’ which ebb and flow into one another, creating what is essentially one thirty-seven-minute recording, Switchbladeis a darkly sprawling, densely packed monster that still manages to let some light escape through cracks in its carapace as the band allow the music to ‘breathe’ via gulfs of hanging skeletal guitar, much as on the previous album (albeit more organic in tone, not as cold and brittle sounding as before). When the band lock into full swing, however, the sound is so thick and full that one could leave teethmarks in it. ‘Movement I’fades in via Wiberg’s thrumming, sinister Hammond, almost instantly overshadowed by a colossally lumbering groove from Folkesson and Bertilsson that, as I stated earlier, swings like the scrotum of an enormous shaggy beast. After some time pounding this monster rhythm out, Bertilsson and Wiberg recede, leaving Folkesson hanging alone in space. The guitarist carves angular patterns in the dead air alone before being re-joined by drums, organ and the demented whispering and howling of Terra Tenebrosa’s The Cuckoo as Switchblade lock into another hypnotic groove section. Think Sleep, circa Jerusalem, playing Krautrock through a filter of molasses and you’ll have some idea of how hard it swings. Wiberg’s Hammond growls, buzzes and swirls around Folkesson’s tightly reined-in guitar line, driven by Bertilsson’s powerful, focused percussive thwack and embroidered by the slightly buried lunacy of The Cuckoo, vocals layered up just on the edge of hearing for the most part. ‘Movement I’has barely receded into darkness when ‘Movement II’ kicks in with a brooding, slow-burning riff that flirts with discord before swaggering into some heavy slow-mo prog moves. Wiberg’s Hammond really adds bite here, harshly skirling around the guitar and prowling like some lithe, spiky creature. Wiberg and Bertilsson drop out again momentarily, allowing Folkesson to paint those discordant chords in the air once more, but soon pile drive back in accompanied by the dry, throaty growl of Lord Seth (AKA Jonas Renkse) in one of the most aggressively-paced moments of the album. Sure, the band hardly break a sweat as far as BPM goes, but the intent and vigour is venomous in the extreme as weight piles upon weight, driven forward inexorably until breaking point is reached and the sound opens out once again. The harshness of Lord Seth is replaced by the honeyed croon of David Johansson for this final section of the movement, adding a lighter textural feel to proceedings, although Wiberg’s fizzing Hammond goes a long way toward adding a paranoiac edge. The Khanate feel of the last album briefly resurfaces at the beginning of ‘Movement III’ before being swept away in a stomping assault that lurches into a groove that sounds for all the world like classic Celtic Frost at half-speed, Lord Seth death-rattling above it whilst The Cuckoo circles once more on the periphery whispering and insinuating. As the track progresses, Switchblade’s ‘Less Is Still More’maxim comes firmly into play with everything grinding down into cyclopean blocks of guitar and drums, spaced apart and driven into the ground as though from a great height. Wiberg, Lord Seth and The Cuckoo add texture to the granite tower-like sound constructions of Bertilsson and Folkesson whilst allowing focus to remain on the central duo. Last time around, you may remember I pondered exactly howSwitchblade could possibly top their 2009 album, ifindeed they could. Well I’m happy to say that this recording just about knocks their last into a cocked hat with ease and aplomb, and that I was a fool to doubt them. They may have taken a couple of steps back, in as far as losing a bassist and having to refine their sound further in light of this, but in doing so it has allowed the remaining duo to make a light-year leap forward in how to actually approach and deploy their sound and how to integrate outside sounds into it without losing their essential identity. Listening to Switchbladeit’s clear that for Folkesson and Bertilsson the future is wide openand the world of sound is well and truly their oyster. They can count on me to ride with them for the duration and follow them wherever they steer themselves next, which, on thisevidence, could be anywhere. Paul Robertson ..::TRACK-LIST::.. 1. Movement I 14:34 - Grave I - Dissonance I - Coda I 2. Movement II 10:48 - Nocturne - Mezzo - Coda II 3. Movement III 11:33 - Grave II - Dissonance II - Elegy - Finale ..::OBSADA::.. Tim Bertilsson - drums Johan Folkesson - guitars Guest musicians: The Cuckoo - vocals Jonas Renkse - vocals David Johansson - vocals Per Wiberg - organ https://www.youtube.com/watch?v=UZanMc7_2dg SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 0
Komentarze: 0
Data dodania:
2025-12-28 15:27:31
Rozmiar: 231.69 MB
Peerów: 0
Dodał: Fallen_Angel
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI..
..::OPIS::.. 'Echomora' to drugi album tria Extensa, które łączy instrumentalny noise, post-metal i transowość rodem z krautrockowych tradycji. 'Czas jako czwarty wymiar' Według teorii względności, czwartym wymiarem jest czas. Aby zmienić przyszłość, czasem trzeba cofnąć się w przeszłość. Gdyby ten album był filmem, byłby zarazem prequelem i sequelem - tak jak film 'Twin Peaks: Ogniu krocz za mną' Davida Lyncha. Narracja nie toczy się liniowo. Przeszłość, teraźniejszość i przyszłość przenikają się, splatając się w jedno - w doświadczenie, które wymyka się logice,ale pozostaje prawdziwe emocjonalnie. Album 'Echomora' jest redefinicją muzyki która powstała jeszcze przed ukazaniem się naszego pierwszego albumu lecz w chwili i konfiguracji powstawania nie było jej dane się zmaterializować. Czas naturalnie zadziałał jak ewolucja i sprawił, że muzyka stała się bardziej intensywna, nabrała masy przy czym nie wytraciła swojej pierwotnej energii. Za realizację albumu odpowiedzialny jest Przemysław Wejman ze studia Perlazza w Poznaniu. Wydawca 'Echomora' is the second album from the Extensa trio, which combines instrumental noise, post-metal, and a trance-like sound inspired by krautrock traditions. 'Time as the Fourth Dimension' According to the theory of relativity, time is the fourth dimension. To change the future, one sometimes has to go back into the past. If this album were a film, it would be both a prequel and a sequel - much like David Lynch’s Twin Peaks: Fire Walk with Me. Its narrative doesn’t unfold linearly. Past, present, and futureintertwine and merge into one - an experience that escapes logic, yet remains emotionally true. The Echomora album is a redefinition of music that was created even before the release of our debut record, but at that time and in that configuration, it wasn’t meant to materialize. Time acted naturally, like evolution - making the music more intense,heavier and more massive, yet without losing its original energy. The album was produced by Przemysław Wejman at Perlazza Studio in Poznań. ..::TRACK-LIST::.. 1. Stay Asleep! 03:55 2. Level 4 05:15 3. Acid Cranberries 05:40 4. Where Is The Pope? 05:13 5. Fat Elbow 05:52 6. Polimorfia 05:42 7. The Diffuser Of Waves 05:22 8. Vaccine Trip 04:30 9. Noi$€ 06:51 ..::OBSADA::.. Paweł Wieloch - guitar Andrzej Radniecki - bass Mariusz Wróblewski - drums Adrian Kasprzyk - co-composer https://www.youtube.com/watch?v=GVjyDob2vGQ SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 0
Komentarze: 0
Data dodania:
2025-12-24 18:22:46
Rozmiar: 114.19 MB
Peerów: 0
Dodał: Fallen_Angel
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI..
..::OPIS::.. 'Echomora' to drugi album tria Extensa, które łączy instrumentalny noise, post-metal i transowość rodem z krautrockowych tradycji. 'Czas jako czwarty wymiar' Według teorii względności, czwartym wymiarem jest czas. Aby zmienić przyszłość, czasem trzeba cofnąć się w przeszłość. Gdyby ten album był filmem, byłby zarazem prequelem i sequelem - tak jak film 'Twin Peaks: Ogniu krocz za mną' Davida Lyncha. Narracja nie toczy się liniowo. Przeszłość, teraźniejszość i przyszłość przenikają się, splatając się w jedno - w doświadczenie, które wymyka się logice,ale pozostaje prawdziwe emocjonalnie. Album 'Echomora' jest redefinicją muzyki która powstała jeszcze przed ukazaniem się naszego pierwszego albumu lecz w chwili i konfiguracji powstawania nie było jej dane się zmaterializować. Czas naturalnie zadziałał jak ewolucja i sprawił, że muzyka stała się bardziej intensywna, nabrała masy przy czym nie wytraciła swojej pierwotnej energii. Za realizację albumu odpowiedzialny jest Przemysław Wejman ze studia Perlazza w Poznaniu. Wydawca 'Echomora' is the second album from the Extensa trio, which combines instrumental noise, post-metal, and a trance-like sound inspired by krautrock traditions. 'Time as the Fourth Dimension' According to the theory of relativity, time is the fourth dimension. To change the future, one sometimes has to go back into the past. If this album were a film, it would be both a prequel and a sequel - much like David Lynch’s Twin Peaks: Fire Walk with Me. Its narrative doesn’t unfold linearly. Past, present, and futureintertwine and merge into one - an experience that escapes logic, yet remains emotionally true. The Echomora album is a redefinition of music that was created even before the release of our debut record, but at that time and in that configuration, it wasn’t meant to materialize. Time acted naturally, like evolution - making the music more intense,heavier and more massive, yet without losing its original energy. The album was produced by Przemysław Wejman at Perlazza Studio in Poznań. ..::TRACK-LIST::.. 1. Stay Asleep! 03:55 2. Level 4 05:15 3. Acid Cranberries 05:40 4. Where Is The Pope? 05:13 5. Fat Elbow 05:52 6. Polimorfia 05:42 7. The Diffuser Of Waves 05:22 8. Vaccine Trip 04:30 9. Noi$€ 06:51 ..::OBSADA::.. Paweł Wieloch - guitar Andrzej Radniecki - bass Mariusz Wróblewski - drums Adrian Kasprzyk - co-composer https://www.youtube.com/watch?v=GVjyDob2vGQ SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 0
Komentarze: 0
Data dodania:
2025-12-24 18:17:51
Rozmiar: 372.41 MB
Peerów: 0
Dodał: Fallen_Angel
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI..
..::OPIS::.. Wszyscy gdzieś zmierzamy... 'Minimalistyczne trio rockowe' – jak sami opisywali siebie członkowie grupy Shellac – wraz z 7 maja 2024 r., czyli nagłą śmiercią Steve’a Albiniego, zgasło! Ale jestem przekonany – jak też tysiące fanów na całym świecie – że to, co wniósł, dał muzyce Albini nigdy, przenigdy nie zniknie, chyba jedynie wybuch Ziemi mógłby ten ogromny dorobek zatrzeć i wymazać. Nadal trudno jest uwierzyć, że tak genialny inżynier dźwięku, twórca słynnego studia Electrical Audio w Chicago, producent, kompozytor, muzyk, wokalista, dziennikarz jak Albini odszedł w tak młodym wieku! Znamy go z kilku genialnych składów z okolic noise rocka czy post hardcore’a, czyli zespołów Big Black, Rapeman i Shellac, a lista artystów z którymi współpracował jako inżynier dźwięku jest gigantycznie długa! Pozwolę sobie zacytować oświadczenie, które można przeczytać na stronie Electrical Audio: „W nocy 7 maja niespodziewanie zmarł nasz kapitan Steve Albini. Próbujemy zrozumieć i przepracować tę stratę. Steve był bohaterem dla nas wszystkich, naszym przyjacielem i mentorem. Był jednym z najwybitniejszych żyjących inżynierów nagrań, niestrudzenie oddanym uchwyceniu twórczej pracy zespołów i artystów, z którymi współpracował. Nagrywanie postrzegał jako niemal etyczny imperatyw dokumentowania muzyki otaczającego go świata. Steve miał niezwykle hojnego ducha; zawsze chętnie dzielił się swoją wiedzą i doświadczeniem, a także swoim czasem i uwagą. Dał nam wszystkim w studiu szansę w stale kurczącej się branży i stał się naszym zaciekłym orędownikiem, podobnie jak przez lata zrobił to dla niezliczonej liczby innych osób na jego orbicie. Jesteśmy zaszczyceni, że mogliśmy spędzić z nim czas w trwającym całą karierę projekcie budowy i utrzymania studia nagraniowego, które stało się bazą wypadową dla każdego, kto chce tworzyć muzykę na własnych warunkach. Jesteśmy wdzięczni, że otrzymaliśmy łaskę jego wiedzy, lojalności, pokrewieństwa i miłości. Dziękujemy, Steve. Kochamy Cię”. Nie chcę jakoś przesadnie sięgać po kronikarskie wywody na temat Shellaca, ale mam zawsze na uwadze, że może właśnie teraz ktoś pierwszy raz słyszy tę nazwę i dopiero poznaje postać Steve’a Albiniego. Ale czy są takie osoby, które chociażby trochę otarły się o muzykę rockową ostatnich kilku dekad i nic im nie mówi Albini? Być może, nic nie jest pewne. W tej sytuacji postaram się zamknąć w kilku zdaniach pisząc o grupie Shellac (po więcej informacji odsyłam do sieci), której historia rozpoczęła się jeszcze w 1992 roku. Dla mnie to jeden z najważniejszych zespołów, ulepiający moją wrażliwość wiele lat temu. Grupę Shellac tworzyli od samego początku aż do końca ci sami muzycy: Steve Albinie (gitara/wokal), Bob Weston (gitara basowa/wokal) i Todd Trainer (perkusja/wokal). Z małym wyjątkiem na samym początku działalności, gdzie podczas pierwszych prób i w pierwszym singlu słychać bas Camilo Gonzaleza. Innowacyjność i oryginalność Albiniego przejawiała się na wielu płaszczyznach i kryła często w szczegółach, jak używanie miedzianych plektronów, gitar z aluminiowym gryfem czy owijanie paska gitarowego wokół talii, a nie przez ramię, jak robi to 99,9 % gitarzystów. Unikali częstego grania koncertów, a przede wszystkim na festiwalach i zdecydowanie wybierali małe, intymne kluby. Oczywiście były od tego odstępstwa i zmiany w optyce, jaka nastąpiła dzięki brytyjskiemu festiwalowi All Tomorrow’s Party. Jak sięgam daleko pamięcią to przypominam sobie, że wielu krytyków borykało się z szufladkowaniem nagrań Shellaca, ponieważ trio omijało szerokim łukiem wszelakie utarte schematy odnośnie układu kompozycji, rytmu, połączeń, brzmień etc., pokazując także środkowy palec za pośrednictwem słów – i nie tylko – systemowi oraz wszelakim społecznym uchybieniom. I w tym roku mija 30 lat od ukazania się pierwszego studyjnego albumu Shellac „At Action Park” – genialnego pod wieloma względami, przynajmniej w moim odczuciu. Po drodze zespół uraczył nas jeszcze kilkoma wspaniałymi wydawnictwami, gdzie wśród nich „Terraform” (1998), „1000 Hurts” (2000), „Excellent Italian Greyhound” (2007), „Dude Incredible” (2014) i najnowszy mający dziś premierę „To All Trains”. Trzeba było czekać 10 lat na nowe kompozycje amerykańskiego tria i nikt na tym świecie nie przypuszczał, że premiera „To All Trains” zbiegnie się z tą tragiczną informacją. Płytę Albini zapowiadał od wielu lat, podkreślając, że jest właściwie skończona, ale nie wie kiedy zostanie wydana. No i mamy blisko 30 minut nowej muzyki Shellac, która została zarejestrowana w latach 2017-2022. I nie wiem, na ile jest prawdziwa informacja podana pod opisem płyty, mówiąca, że zespół będzie nadal grał koncerty i trasy koncertowe (????). Od pierwszych sekund „WSOD” dobiega do nas charakterystyczne arpeggio gitary Albiniego, pełnokrwiste brzmienie basu Westona i jak zawsze mięsisty sound perkusji Trainera. I konkretne post hardcore’owe pierdolnięcie w końcowych taktach! Automatycznie rozpoznawalne współbrzmienie gitar w „Girl From Outside” przywodzi na myśl jednego z podopiecznych Electrical Audio, czyli nieodżałowanego Jasona Molinę jako The Magnolia Electric Co. I słychać tu wyraźnie, że Albiniemu trochę obniżyła się barwa głosu. Dwa numery za nami, które paraliżują oddech, ale nie ma czasu na taką prozę, kiedy nadciąga rozpędzona post-punkowa fala „Chick New Wave”. Transowość „Tattoos” wgryza się w trzewia, powodując osuwanie się po chropowatej, szorstkiej ścianie dźwięku, aż do przyklęknięcia i pełznięcia przez wąską szczelinę w „Wednesday”. Powykrzywiany morderczo brudny blues – do czego nas już przyzwyczaili wcześniej – rozlał się w całej krasie pod indeksem „Scrappers”. I czuć tu przesterowanego ducha Neila Young and Crazy Horse. Posiekane metrum „Days Are Dogs” przypomina dobrze do czego są zdolni Amerykanie w rytmicznej materii. Przy „How I Wrote How I Wrote Elastic Man (cock & bull)” poczułem delikatny „swąd” łagodniejszego oblicza Big Black zmiksowanego z jedyną taką barwą Szelaku na świecie. Po tej niemal „balladzie” muzycy podłączają nas pod fascynujące trasowe pieszczoty „Scabby the Ra”, przechodzące do równie kapitalnego utworu w postaci przeszywającego – i nie chcę mówić proroczego – „I Don’t Fear Hell”. Jakieś szalone echo wczesnego Lou Reeda musiało wtedy nad nimi krążyć! Mam wrażenie, że wraz z końcem „To All Trains”, jakby właśnie płyta dopiero się zaczęła, rozkręcała. Za to jest kolosalny niedosyt, którego nie uda się już zaspokoić. Steve Albini odpłynął, wyłączył wzmacniacz, odłożył gitarę a zwisający mikrofon na statywie nie przestaje drgać i – niczym wahadło Foucaulta – obiega nasz umysł jedna natrętna myśl; więcej już nie będzie! Łukasz Komła Of course, the crucial difference with this particular Shellac record, their sixth, is that frontman Steve Albini passed away from a heart attack at age 61, just 10 days before its release. It’s hard to wave away the tragic circumstances clouding it, especially when it concludes with a track called “I Don’t Fear Hell” where Albini delivers the smiling-through-clenched-teeth lines, “Something something something when this is over/Leap in my grave like the arms of a lover/And if there’s a heaven, I hope they’re havin’ fun, ’cause if there’s a hell I’m gonna know everyone.” Yet To All Trains is not an album overcast by death: It’s just one more example of how someone chose to live their life. Leading Big Black, Rapeman and, finally, math-rock trio Shellac, Albini spent 40 years dedicated to a singular vision of underground rock music that was no frills, free of overdubs, constructed with analog tools and constantly nattering with guitar tone that started shrill and slowly evolved into Morricone metal. Eminently dependable, Shellac were the Honda Civic of alternative rock—modest, reliable, generally affordable. You knew the drill. There was a new album every so often, but never too often, whenever the mood struck prolific studio engineer Albini, prolific mastering engineer Bob Weston, and working drum instructor Todd Trainer. Most of the things that made Shellac a great band in 2000 and 2007 and 2014 were already firmly bolted into place on their 1994 debut, At Action Park: the growl ’n’ skwonk, the bludgeoning repetition, the best-sounding drums around. They’re still here, too. Unlike similarly minimalism-minded rock bands like the Ramones, Motörhead, or AC/DC, you never had to worry that Shellac were going to fall prey to the creeping influence of modern production techniques or genre trends. Shellac songs would vacillate between rancorous and caustic (2000’s “Prayer to God"), hypnotic and caustic (2007’s “The End of Radio") or funny and caustic (2014’s “All the Surveyors”), but no one was ever going to file a complaint to the Better Business Bureau about the ingredients on the label. To All Trains naturally walks the same path and, had circumstances permitted, would likely have been appreciated simply as little more than Shellac’s sixth excellent record. At a lean 28 minutes, it’s their shortest and most instantly rewardable—no instrumentals and none of the longform post-rock indulgences of 1998’s Terraform or 2007’s Excellent Italian Greyhound. Elements of the Minutemen were always lurking in Shellac’s music, but they seem especially pronounced in the groove-spiel of “Chick New Wave,” the sharp pauses of “Days Are Dogs” and the pro-labor screed “Scabby the Rat,” which plays like a funnier, less anxious version of Double Nickels on the Dime’s “West Germany.” Like all good minimalism, the changes are small, so the highlights are subtle. The blown-out noise-rock coda of “WSOD” is outrageous, like a half-minute Brainbombs blast. “Days Are Dogs” is a cowbell-slamming Nazareth song for about five seconds. Albini’s guitar slowly distends like gelatin at the end of “I Don’t Fear Hell.” “Scrappers” stomps along as if Pussy Galore had bothered to learn how to play their instruments. Shellac’s lyrics are as cryptic as ever, so it’s fun to imagine the Weston-sung “How I Wrote How I Wrote Elastic Man (Cock & Bull)” as a belated clapback to the Fall’s Mark E. Smith, who playfully dissed Albini on “50 Year Old Man” in 2008. Shellac’s photorealist recording strategy and silence-heavy compositions mean there are lots of places to admire things like cymbal decay and snare drum ring. In fact, Trainer is probably the album’s MVP, thanks to his artful, muscular, musical little drum solos across many of the open chasms. To All Trains closes the book on the band and serves as a perfectly respectable epitaph; it’s exemplary, just like the five Shellac records that preceded it. The band’s legacy will blare on in noise-rock bands like Couch Slut, Chat Pile, Metz, KEN mode, Whores, and the Austerity Program. Weston will likely be mastering more of your favorite records, and it’s possible that some of your favorite new drummers will be trained by Trainer. Most importantly, Albini’s dogged, outspoken adherence to high-quality audio fidelity, equitable working conditions, and DIY grind will probably be an inspiration for some time, even as the very economics of “indie rock” are increasingly unsustainable for bands both new and veteran. This is a sad fuckin’ song, but it’s by no means finished. Christopher R. Weingarten ..::TRACK-LIST::.. 1. WSOD 02:24 2. Girl From Outside 02:45 3. Chick New Wave 02:22 4. Tattoos 03:08 5. Wednesday 03:17 6. Scrappers 02:20 7. Days Are Dogs 01:41 8. How I Wrote How I Wrote Elastic Man (cock & bull) 04:08 9. Scabby the Rat 01:46 10. I Don't Fear Hell 04:17 ..::OBSADA::.. Steve Albini - Guitar Todd Trainer - Drums Bob Weston - Bass https://www.youtube.com/watch?v=KnX600t0c7I SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 0
Komentarze: 0
Data dodania:
2025-12-21 16:21:57
Rozmiar: 68.51 MB
Peerów: 0
Dodał: Fallen_Angel
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI..
..::OPIS::.. Wszyscy gdzieś zmierzamy... 'Minimalistyczne trio rockowe' – jak sami opisywali siebie członkowie grupy Shellac – wraz z 7 maja 2024 r., czyli nagłą śmiercią Steve’a Albiniego, zgasło! Ale jestem przekonany – jak też tysiące fanów na całym świecie – że to, co wniósł, dał muzyce Albini nigdy, przenigdy nie zniknie, chyba jedynie wybuch Ziemi mógłby ten ogromny dorobek zatrzeć i wymazać. Nadal trudno jest uwierzyć, że tak genialny inżynier dźwięku, twórca słynnego studia Electrical Audio w Chicago, producent, kompozytor, muzyk, wokalista, dziennikarz jak Albini odszedł w tak młodym wieku! Znamy go z kilku genialnych składów z okolic noise rocka czy post hardcore’a, czyli zespołów Big Black, Rapeman i Shellac, a lista artystów z którymi współpracował jako inżynier dźwięku jest gigantycznie długa! Pozwolę sobie zacytować oświadczenie, które można przeczytać na stronie Electrical Audio: „W nocy 7 maja niespodziewanie zmarł nasz kapitan Steve Albini. Próbujemy zrozumieć i przepracować tę stratę. Steve był bohaterem dla nas wszystkich, naszym przyjacielem i mentorem. Był jednym z najwybitniejszych żyjących inżynierów nagrań, niestrudzenie oddanym uchwyceniu twórczej pracy zespołów i artystów, z którymi współpracował. Nagrywanie postrzegał jako niemal etyczny imperatyw dokumentowania muzyki otaczającego go świata. Steve miał niezwykle hojnego ducha; zawsze chętnie dzielił się swoją wiedzą i doświadczeniem, a także swoim czasem i uwagą. Dał nam wszystkim w studiu szansę w stale kurczącej się branży i stał się naszym zaciekłym orędownikiem, podobnie jak przez lata zrobił to dla niezliczonej liczby innych osób na jego orbicie. Jesteśmy zaszczyceni, że mogliśmy spędzić z nim czas w trwającym całą karierę projekcie budowy i utrzymania studia nagraniowego, które stało się bazą wypadową dla każdego, kto chce tworzyć muzykę na własnych warunkach. Jesteśmy wdzięczni, że otrzymaliśmy łaskę jego wiedzy, lojalności, pokrewieństwa i miłości. Dziękujemy, Steve. Kochamy Cię”. Nie chcę jakoś przesadnie sięgać po kronikarskie wywody na temat Shellaca, ale mam zawsze na uwadze, że może właśnie teraz ktoś pierwszy raz słyszy tę nazwę i dopiero poznaje postać Steve’a Albiniego. Ale czy są takie osoby, które chociażby trochę otarły się o muzykę rockową ostatnich kilku dekad i nic im nie mówi Albini? Być może, nic nie jest pewne. W tej sytuacji postaram się zamknąć w kilku zdaniach pisząc o grupie Shellac (po więcej informacji odsyłam do sieci), której historia rozpoczęła się jeszcze w 1992 roku. Dla mnie to jeden z najważniejszych zespołów, ulepiający moją wrażliwość wiele lat temu. Grupę Shellac tworzyli od samego początku aż do końca ci sami muzycy: Steve Albinie (gitara/wokal), Bob Weston (gitara basowa/wokal) i Todd Trainer (perkusja/wokal). Z małym wyjątkiem na samym początku działalności, gdzie podczas pierwszych prób i w pierwszym singlu słychać bas Camilo Gonzaleza. Innowacyjność i oryginalność Albiniego przejawiała się na wielu płaszczyznach i kryła często w szczegółach, jak używanie miedzianych plektronów, gitar z aluminiowym gryfem czy owijanie paska gitarowego wokół talii, a nie przez ramię, jak robi to 99,9 % gitarzystów. Unikali częstego grania koncertów, a przede wszystkim na festiwalach i zdecydowanie wybierali małe, intymne kluby. Oczywiście były od tego odstępstwa i zmiany w optyce, jaka nastąpiła dzięki brytyjskiemu festiwalowi All Tomorrow’s Party. Jak sięgam daleko pamięcią to przypominam sobie, że wielu krytyków borykało się z szufladkowaniem nagrań Shellaca, ponieważ trio omijało szerokim łukiem wszelakie utarte schematy odnośnie układu kompozycji, rytmu, połączeń, brzmień etc., pokazując także środkowy palec za pośrednictwem słów – i nie tylko – systemowi oraz wszelakim społecznym uchybieniom. I w tym roku mija 30 lat od ukazania się pierwszego studyjnego albumu Shellac „At Action Park” – genialnego pod wieloma względami, przynajmniej w moim odczuciu. Po drodze zespół uraczył nas jeszcze kilkoma wspaniałymi wydawnictwami, gdzie wśród nich „Terraform” (1998), „1000 Hurts” (2000), „Excellent Italian Greyhound” (2007), „Dude Incredible” (2014) i najnowszy mający dziś premierę „To All Trains”. Trzeba było czekać 10 lat na nowe kompozycje amerykańskiego tria i nikt na tym świecie nie przypuszczał, że premiera „To All Trains” zbiegnie się z tą tragiczną informacją. Płytę Albini zapowiadał od wielu lat, podkreślając, że jest właściwie skończona, ale nie wie kiedy zostanie wydana. No i mamy blisko 30 minut nowej muzyki Shellac, która została zarejestrowana w latach 2017-2022. I nie wiem, na ile jest prawdziwa informacja podana pod opisem płyty, mówiąca, że zespół będzie nadal grał koncerty i trasy koncertowe (????). Od pierwszych sekund „WSOD” dobiega do nas charakterystyczne arpeggio gitary Albiniego, pełnokrwiste brzmienie basu Westona i jak zawsze mięsisty sound perkusji Trainera. I konkretne post hardcore’owe pierdolnięcie w końcowych taktach! Automatycznie rozpoznawalne współbrzmienie gitar w „Girl From Outside” przywodzi na myśl jednego z podopiecznych Electrical Audio, czyli nieodżałowanego Jasona Molinę jako The Magnolia Electric Co. I słychać tu wyraźnie, że Albiniemu trochę obniżyła się barwa głosu. Dwa numery za nami, które paraliżują oddech, ale nie ma czasu na taką prozę, kiedy nadciąga rozpędzona post-punkowa fala „Chick New Wave”. Transowość „Tattoos” wgryza się w trzewia, powodując osuwanie się po chropowatej, szorstkiej ścianie dźwięku, aż do przyklęknięcia i pełznięcia przez wąską szczelinę w „Wednesday”. Powykrzywiany morderczo brudny blues – do czego nas już przyzwyczaili wcześniej – rozlał się w całej krasie pod indeksem „Scrappers”. I czuć tu przesterowanego ducha Neila Young and Crazy Horse. Posiekane metrum „Days Are Dogs” przypomina dobrze do czego są zdolni Amerykanie w rytmicznej materii. Przy „How I Wrote How I Wrote Elastic Man (cock & bull)” poczułem delikatny „swąd” łagodniejszego oblicza Big Black zmiksowanego z jedyną taką barwą Szelaku na świecie. Po tej niemal „balladzie” muzycy podłączają nas pod fascynujące trasowe pieszczoty „Scabby the Ra”, przechodzące do równie kapitalnego utworu w postaci przeszywającego – i nie chcę mówić proroczego – „I Don’t Fear Hell”. Jakieś szalone echo wczesnego Lou Reeda musiało wtedy nad nimi krążyć! Mam wrażenie, że wraz z końcem „To All Trains”, jakby właśnie płyta dopiero się zaczęła, rozkręcała. Za to jest kolosalny niedosyt, którego nie uda się już zaspokoić. Steve Albini odpłynął, wyłączył wzmacniacz, odłożył gitarę a zwisający mikrofon na statywie nie przestaje drgać i – niczym wahadło Foucaulta – obiega nasz umysł jedna natrętna myśl; więcej już nie będzie! Łukasz Komła Of course, the crucial difference with this particular Shellac record, their sixth, is that frontman Steve Albini passed away from a heart attack at age 61, just 10 days before its release. It’s hard to wave away the tragic circumstances clouding it, especially when it concludes with a track called “I Don’t Fear Hell” where Albini delivers the smiling-through-clenched-teeth lines, “Something something something when this is over/Leap in my grave like the arms of a lover/And if there’s a heaven, I hope they’re havin’ fun, ’cause if there’s a hell I’m gonna know everyone.” Yet To All Trains is not an album overcast by death: It’s just one more example of how someone chose to live their life. Leading Big Black, Rapeman and, finally, math-rock trio Shellac, Albini spent 40 years dedicated to a singular vision of underground rock music that was no frills, free of overdubs, constructed with analog tools and constantly nattering with guitar tone that started shrill and slowly evolved into Morricone metal. Eminently dependable, Shellac were the Honda Civic of alternative rock—modest, reliable, generally affordable. You knew the drill. There was a new album every so often, but never too often, whenever the mood struck prolific studio engineer Albini, prolific mastering engineer Bob Weston, and working drum instructor Todd Trainer. Most of the things that made Shellac a great band in 2000 and 2007 and 2014 were already firmly bolted into place on their 1994 debut, At Action Park: the growl ’n’ skwonk, the bludgeoning repetition, the best-sounding drums around. They’re still here, too. Unlike similarly minimalism-minded rock bands like the Ramones, Motörhead, or AC/DC, you never had to worry that Shellac were going to fall prey to the creeping influence of modern production techniques or genre trends. Shellac songs would vacillate between rancorous and caustic (2000’s “Prayer to God"), hypnotic and caustic (2007’s “The End of Radio") or funny and caustic (2014’s “All the Surveyors”), but no one was ever going to file a complaint to the Better Business Bureau about the ingredients on the label. To All Trains naturally walks the same path and, had circumstances permitted, would likely have been appreciated simply as little more than Shellac’s sixth excellent record. At a lean 28 minutes, it’s their shortest and most instantly rewardable—no instrumentals and none of the longform post-rock indulgences of 1998’s Terraform or 2007’s Excellent Italian Greyhound. Elements of the Minutemen were always lurking in Shellac’s music, but they seem especially pronounced in the groove-spiel of “Chick New Wave,” the sharp pauses of “Days Are Dogs” and the pro-labor screed “Scabby the Rat,” which plays like a funnier, less anxious version of Double Nickels on the Dime’s “West Germany.” Like all good minimalism, the changes are small, so the highlights are subtle. The blown-out noise-rock coda of “WSOD” is outrageous, like a half-minute Brainbombs blast. “Days Are Dogs” is a cowbell-slamming Nazareth song for about five seconds. Albini’s guitar slowly distends like gelatin at the end of “I Don’t Fear Hell.” “Scrappers” stomps along as if Pussy Galore had bothered to learn how to play their instruments. Shellac’s lyrics are as cryptic as ever, so it’s fun to imagine the Weston-sung “How I Wrote How I Wrote Elastic Man (Cock & Bull)” as a belated clapback to the Fall’s Mark E. Smith, who playfully dissed Albini on “50 Year Old Man” in 2008. Shellac’s photorealist recording strategy and silence-heavy compositions mean there are lots of places to admire things like cymbal decay and snare drum ring. In fact, Trainer is probably the album’s MVP, thanks to his artful, muscular, musical little drum solos across many of the open chasms. To All Trains closes the book on the band and serves as a perfectly respectable epitaph; it’s exemplary, just like the five Shellac records that preceded it. The band’s legacy will blare on in noise-rock bands like Couch Slut, Chat Pile, Metz, KEN mode, Whores, and the Austerity Program. Weston will likely be mastering more of your favorite records, and it’s possible that some of your favorite new drummers will be trained by Trainer. Most importantly, Albini’s dogged, outspoken adherence to high-quality audio fidelity, equitable working conditions, and DIY grind will probably be an inspiration for some time, even as the very economics of “indie rock” are increasingly unsustainable for bands both new and veteran. This is a sad fuckin’ song, but it’s by no means finished. Christopher R. Weingarten ..::TRACK-LIST::.. 1. WSOD 02:24 2. Girl From Outside 02:45 3. Chick New Wave 02:22 4. Tattoos 03:08 5. Wednesday 03:17 6. Scrappers 02:20 7. Days Are Dogs 01:41 8. How I Wrote How I Wrote Elastic Man (cock & bull) 04:08 9. Scabby the Rat 01:46 10. I Don't Fear Hell 04:17 ..::OBSADA::.. Steve Albini - Guitar Todd Trainer - Drums Bob Weston - Bass https://www.youtube.com/watch?v=KnX600t0c7I SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 0
Komentarze: 0
Data dodania:
2025-12-21 16:17:43
Rozmiar: 187.57 MB
Peerów: 0
Dodał: Fallen_Angel
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI...
..::OPIS::.. "Dramatic soundscape. Music made for generations to die by. Helven park is determinedly savage and layered like a wedding dress. This disc is a masterpiece" NME "I still can't believe this is an Israeli band" John Peel "Ecstatic and Spastic" MRR “Your country needs more bands like yours” Jello Biafra " Ear biting..nerve-straining..schizophrenia paranoia" Semaphore "Mythological” Maariv Many Swim releases are rooted firmly in technology, so it's quite a surprise to find Plastic Venus taking a direct, 'back to basics' approach to rock. Unfortunately, the small amount of technology on display here is the undoing of the album. Helven Park contains all the typical elements of a rock band: drums, bass, guitar and vocals, but everything seems to be drowned in masses of reverb. Now and again it almost works, building a ghostly and other-worldly sound. However, most of the time instrumentation and vocals are so heavily reverberated that everything ends up sounding dangerously dirge-like. There are exceptions, such as the eerie Kiss, which also provides one of the few decipherable lyrics: 'Sleep 'til you die; Kiss 'til you die/I don't want any of it coming back on me...'. Cheerful, indeed. Perhaps this is one reason why many of the lyrics are inaudible... The opener, It's Dead, also proves to be quite strong, as does the Velvet Underground tinged Wait. It's a pity the effects units weren't subdued early on, as the whole thing ends up sounding like a muddy Seefeel album that's also got a few fast numbers. However, whereas that band were aiming to create a sort of ambient mixture of guitars, vocals and drums, Helven Park falls between that and standard rock, and ends up simply sounding very lost, messy and confused. Craig Grannell (1998) ..::TRACK-LIST::.. 1. It's Dead 05:21 2. Bicycle C 03:51 3. Lola 02:57 4. Will 03:27 5. Kiss 04:31 6. God 04:12 7. Wait 06:13 8. I'm going where 04:34 9. 2 months in bed 04:28 10. Bone cake ache 04:47 11. Boots 03:15 12. Yes 05:23 13. Haircuts land 03:52 14. In my mouth (Helven Park) 03:52 ..::OBSADA::.. D. Dimitrovski H. Magen Ronit Bergman Yoram Gur https://www.youtube.com/watch?v=lDok8JARwXk SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 0
Komentarze: 0
Data dodania:
2025-12-15 17:33:10
Rozmiar: 143.88 MB
Peerów: 0
Dodał: Fallen_Angel
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI...
..::OPIS::.. "Dramatic soundscape. Music made for generations to die by. Helven park is determinedly savage and layered like a wedding dress. This disc is a masterpiece" NME "I still can't believe this is an Israeli band" John Peel "Ecstatic and Spastic" MRR “Your country needs more bands like yours” Jello Biafra " Ear biting..nerve-straining..schizophrenia paranoia" Semaphore "Mythological” Maariv Many Swim releases are rooted firmly in technology, so it's quite a surprise to find Plastic Venus taking a direct, 'back to basics' approach to rock. Unfortunately, the small amount of technology on display here is the undoing of the album. Helven Park contains all the typical elements of a rock band: drums, bass, guitar and vocals, but everything seems to be drowned in masses of reverb. Now and again it almost works, building a ghostly and other-worldly sound. However, most of the time instrumentation and vocals are so heavily reverberated that everything ends up sounding dangerously dirge-like. There are exceptions, such as the eerie Kiss, which also provides one of the few decipherable lyrics: 'Sleep 'til you die; Kiss 'til you die/I don't want any of it coming back on me...'. Cheerful, indeed. Perhaps this is one reason why many of the lyrics are inaudible... The opener, It's Dead, also proves to be quite strong, as does the Velvet Underground tinged Wait. It's a pity the effects units weren't subdued early on, as the whole thing ends up sounding like a muddy Seefeel album that's also got a few fast numbers. However, whereas that band were aiming to create a sort of ambient mixture of guitars, vocals and drums, Helven Park falls between that and standard rock, and ends up simply sounding very lost, messy and confused. Craig Grannell (1998) ..::TRACK-LIST::.. 1. It's Dead 05:21 2. Bicycle C 03:51 3. Lola 02:57 4. Will 03:27 5. Kiss 04:31 6. God 04:12 7. Wait 06:13 8. I'm going where 04:34 9. 2 months in bed 04:28 10. Bone cake ache 04:47 11. Boots 03:15 12. Yes 05:23 13. Haircuts land 03:52 14. In my mouth (Helven Park) 03:52 ..::OBSADA::.. D. Dimitrovski H. Magen Ronit Bergman Yoram Gur https://www.youtube.com/watch?v=lDok8JARwXk SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 0
Komentarze: 0
Data dodania:
2025-12-15 17:28:24
Rozmiar: 410.45 MB
Peerów: 0
Dodał: Fallen_Angel
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI...
..::OPIS::.. Debiutancki album Próchna (2019) powstawał korespondencyjnie, bez najmniejszego pośpiechu przez blisko rok. Z kolei nagrany na setkę podczas pierwszego spotkania zespołu w pełnym składzie Niż (2020) pokazał ogromny potencjał koncertowy zespołu. P3 łączy oba te podejścia i choć Gawinecki, Leśniewski i Sofiński wracają niejako do punktu wyjścia, to jednak lądują w zupełnie innym miejscu. Sofiński ujmuje tę ciągłość w następujący sposób: "Płyta „P3” jest dla mnie naturalną kontynuacją wspólnej podróży. Dotarliśmy na niej w nowe, nieodkryte do tej pory rewiry, ale to, co nas kształtowało na poprzednich płytach, jest nadal mocno wyczuwalne." Rozpoczęcie pracy od gotowych partii bębnów wymusiło inny sposób myślenia o nowym materiale. Styl zespołu wyklarował się wyraźnie na debiucie, ale mimo to P3 przynosi muzykę jeszcze bardziej zamgloną, zdegradowaną i tym razem niepokojąco wręcz zimną. Ten osobliwy chłód wyczuwalny jest od samego początku płyty. To muzyka odrealniona, pełna pogłosów, charakterystycznej chropowatości, a w warstwie lirycznej przesiąknięta poczuciem lęku, zagubienia i dezorientacji. Ten aspekt tak podsumowuje Gawinecki: "„P3” to dla mnie niemy krzyk w kotle frustracji wywołanej poprzez kryzys klimatyczny i nieustanne przerzucanie za to winy na innych. Frustracji wywołanej bezsensownym przewartościowaniem pieniądza ponad ludzkie życie oraz widmem wiążących się z tym konfliktów społecznych i militarnych." A Leśniewski dodaje: "To dla mnie bardzo prywatna płyta. Wyrosła z moich doświadczeń ostatnich dwóch lat. Próbuję dźwiękiem odpowiedzieć sobie na trudne i ważne pytania. To niełatwe, ale możliwe." Muzycy Próchna idą za ciosem! W miesiąc po koncertowych „15 miesiącach” ukazuje się bowiem drugi pełnowymiarowy krążek studyjny tria – „P3”. To idealna propozycja dla tych, którzy otwarci są na minimalistycznie ekstremalne melodie wznoszone na fundamentach noise’u, post-rocka i sludge metalu. Nie wiem, ilu muzyków zdecydowałoby się na to, aby materiał na swoją płytę nagrać w studiu, które nosi nazwę… Cierpienie. Z Próchnem jest jednak inaczej. W ich przypadku trudno wyobrazić sobie miejsce bardziej adekwatne do osiągnięcia artystycznego zamierzenia i spełnienia. Ci, którzy znają poprzednie produkcje zespołu, czyli debiutancki pełnometrażowy krążek „Próchno” (2019), EP-kę „Niż” (2020) oraz wydaną przed miesiącem koncertówkę „15 miesięcy”, nie powinni być tym faktem absolutnie zaskoczeni. Można też znaleźć bardziej przyziemne wyjaśnienie: w znajdującym się we wsi Smarzykowo nieopodal Szubina (na historycznych Pałukach) jako realizator dźwięku udziela się Marcel Gawinecki – basista i klawiszowiec tria. Zespół zawitał do studia Cierpienie dwukrotnie: w kwietniu i grudniu ubiegłego roku; efekt ich pracy ukazuje się właśnie na kompakcie (za sprawą wytwórni Gusstaff Records) oraz winylu (za co odpowiada Don’t Sit on My Vinyl). To ciąg dalszy wiosennej, a w zasadzie już wiosenno-letniej, ofensywy Próchna. Najpierw – na początku tego roku – grupa wróciła do aktywnego koncertowania, przygotowując tym samym grunt pod nowy studyjny album, a następnie w ciągu paru tygodni uraczyła fanów „15 miesiącami” oraz „P3”. Swoją drogą przedsmak nowego krążka wielbiciele tria otrzymali już podczas spotkań na żywo; nowe kompozycje uzupełniły bowiem repertuar zaczerpnięty z „Próchna” i „Niżu”. Skład zespołu nie uległ zmianie – obok Gawineckiego wciąż grają w nim Bartosz Leśniewski (gitara elektryczna, syntezator, głos) oraz Artur Sofiński (perkusja) – zmianie za to uległa muzyka. Nie jest to wprawdzie ewolucja tak znacząca, by trudno było teraz rozpoznać grupę, ale da się ją usłyszeć wyraźnie. Przede wszystkim muzycy postawili na powtarzane – na modłę postrockową – obsesyjne rytmy, wokół których budowane są noise’owe partie gitar i syntezatorów. Z jednej strony kłania się fascynacja solowymi dokonaniami amerykańskiego gitarzysty Thurstona Moore’a, z drugiej pobrzmiewają echa dokonań japońskiego mistrza zgiełkliwej elektroniki Merzbowa. Ale ta moneta, jeśli to w ogóle możliwe, ma jeszcze trzecią stronę – sludgemetalową. Wcale nie zdziwiłbym się, gdyby wśród ulubionych formacji muzyków Próchna znaleźli się tacy wykonawcy, jak amerykańskie Corrosion of Conformity i Isis czy japoński Boris. Nie chodzi jednak o to, by komukolwiek wypominać inspiracje, tym bardziej że często co innego tak naprawdę przyświeca artystom, a co innego słyszą krytycy. Najważniejsze jest to, iż Próchno nie ma swojego odpowiednika na polskiej scenie undergroundowej. Nie, to wcale nie oznacza, że w naszym kraju nie gra się tak ekstremalnej muzyki. Owszem, gra, lecz rzadko kiedy tak inteligentnie i z taką konsekwencją. Jeśli ktoś poznał wcześniej „15 miesięcy”, skojarzy dwie kompozycje otwierające „P3”. To właśnie mocno podlany sosem sludgemetalowym „Zmierzch”, który wieńczy zgrzytliwa elektronika, oraz depresyjna „Idzie postać”, w której wykorzystano całą masę efektów noise’owych. Jest gęsto, głośno i niepokojąco. A niepokój ten wzmacniają jeszcze, zazwyczaj dobiegające z oddali, głosy Leśniewskiego i Gawineckiego, którzy deklamują, krzyczą, tylko nie… śpiewają. Nieznanym wcześniej utworem jest trzeci w kolejności, mocno zgrzytliwy „To nie ja”, po którym pojawia się numer najlepszy w całym zestawie – „Spluwa”. Dużo więcej w nim – tak, zdaję sobie sprawę, że trudno w to uwierzyć – mroku; w porównaniu z poprzednikami brzmi też bardziej przystępnie i nastrojowo. Miniaturowe, oparte na dźwiękach narastających syntezatorów „Nikt nie jest bez winy” stanowi introdukcję do „Orędzia”, w którym Próchno wraca na dawne, noise’owe tory. Podobnie rzecz wygląda w zamykającym całość „Powtarzam”. W obu mamy do czynienia z nadzwyczaj gęstą fakturą, zgrzytami i pogłosami oraz – to nieodłączny element tej płyty – obsesyjnymi motywami perkusyjnymi. To one stają się zwornikami obu finałowych (i kilku wcześniejszych) opowieści. Sofiński staje się tym, który wszystko trzyma w ryzach, dzięki czemu koledzy mogą pozwolić sobie na postrockowo-elektroniczne „odloty”. Konsekwencja popłaca, nie mam więc wątpliwości, że ten rok w rodzimym undergroundzie będzie należał do Próchna! Sebastian Chosiński The debut album by Próchno (2019) was created remotely without any rush, for nearly one year. However, Niż (2020), recorded as a single live take during the band's first onsite meeting, showcased the tremendous live potential of the group. P3 combines both of those approaches, and although Gawinecki, Leśniewski, and Sofiński are returning somewhat to the starting point, they end up in a completely different place. Artur Sofinski explains this continuity in the following way: "The album "P3" is a natural continuation of our common journey. We have reached new, previously unexplored areas, but what shaped us in our previous albums is still strongly sensed". Starting the work with ready drum parts forced a different way of thinking about the new material. The band's style became clearly defined on the debut, but despite that, P3 brings even more blurred, degraded music, disconcertingly cold in this form. This peculiar coldness is felt right from the beginning of the album. It's unreal music, full of reverberation, distinctive roughness, and the lyrical layer permeates with a sense of fear, confusion, and disorientation. Marcel Gawinecki summarizes this aspect as follows:" "P3" is, to me, a silent scream in the cauldron of frustration caused by the climate crisis and the blame constantly shifted onto others, frustration caused by senseless prioritization of money over human life, as well as the spectre of social and military conflicts associated with it". Bartosz Leśniewski adds:"It's a very personal album to me. It grew out of my experiences of the past two years. I'm using the sound to respond to difficult and important questions. It's not easy, but it's possible". ..::TRACK-LIST::.. 1. Zmierzch 05:04 2. Idzie postać 05:06 3. To nie ja 05:22 4. Spluwa 05:38 5. Nikt nie jest bez winy 01:07 6. Orędzie 04:39 7. Powtarzam 06:22 ..::OBSADA::.. Marcel Gawinecki - bas, syntezator, wokal Bartosz Leśniewski - gitara, syntezator, wokal Artur Sofiński - perkusja https://www.youtube.com/watch?v=gtAFfsWTmqI SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 0
Komentarze: 0
Data dodania:
2025-12-14 17:11:03
Rozmiar: 78.32 MB
Peerów: 0
Dodał: Fallen_Angel
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI...
..::OPIS::.. Debiutancki album Próchna (2019) powstawał korespondencyjnie, bez najmniejszego pośpiechu przez blisko rok. Z kolei nagrany na setkę podczas pierwszego spotkania zespołu w pełnym składzie Niż (2020) pokazał ogromny potencjał koncertowy zespołu. P3 łączy oba te podejścia i choć Gawinecki, Leśniewski i Sofiński wracają niejako do punktu wyjścia, to jednak lądują w zupełnie innym miejscu. Sofiński ujmuje tę ciągłość w następujący sposób: "Płyta „P3” jest dla mnie naturalną kontynuacją wspólnej podróży. Dotarliśmy na niej w nowe, nieodkryte do tej pory rewiry, ale to, co nas kształtowało na poprzednich płytach, jest nadal mocno wyczuwalne." Rozpoczęcie pracy od gotowych partii bębnów wymusiło inny sposób myślenia o nowym materiale. Styl zespołu wyklarował się wyraźnie na debiucie, ale mimo to P3 przynosi muzykę jeszcze bardziej zamgloną, zdegradowaną i tym razem niepokojąco wręcz zimną. Ten osobliwy chłód wyczuwalny jest od samego początku płyty. To muzyka odrealniona, pełna pogłosów, charakterystycznej chropowatości, a w warstwie lirycznej przesiąknięta poczuciem lęku, zagubienia i dezorientacji. Ten aspekt tak podsumowuje Gawinecki: "„P3” to dla mnie niemy krzyk w kotle frustracji wywołanej poprzez kryzys klimatyczny i nieustanne przerzucanie za to winy na innych. Frustracji wywołanej bezsensownym przewartościowaniem pieniądza ponad ludzkie życie oraz widmem wiążących się z tym konfliktów społecznych i militarnych." A Leśniewski dodaje: "To dla mnie bardzo prywatna płyta. Wyrosła z moich doświadczeń ostatnich dwóch lat. Próbuję dźwiękiem odpowiedzieć sobie na trudne i ważne pytania. To niełatwe, ale możliwe." Muzycy Próchna idą za ciosem! W miesiąc po koncertowych „15 miesiącach” ukazuje się bowiem drugi pełnowymiarowy krążek studyjny tria – „P3”. To idealna propozycja dla tych, którzy otwarci są na minimalistycznie ekstremalne melodie wznoszone na fundamentach noise’u, post-rocka i sludge metalu. Nie wiem, ilu muzyków zdecydowałoby się na to, aby materiał na swoją płytę nagrać w studiu, które nosi nazwę… Cierpienie. Z Próchnem jest jednak inaczej. W ich przypadku trudno wyobrazić sobie miejsce bardziej adekwatne do osiągnięcia artystycznego zamierzenia i spełnienia. Ci, którzy znają poprzednie produkcje zespołu, czyli debiutancki pełnometrażowy krążek „Próchno” (2019), EP-kę „Niż” (2020) oraz wydaną przed miesiącem koncertówkę „15 miesięcy”, nie powinni być tym faktem absolutnie zaskoczeni. Można też znaleźć bardziej przyziemne wyjaśnienie: w znajdującym się we wsi Smarzykowo nieopodal Szubina (na historycznych Pałukach) jako realizator dźwięku udziela się Marcel Gawinecki – basista i klawiszowiec tria. Zespół zawitał do studia Cierpienie dwukrotnie: w kwietniu i grudniu ubiegłego roku; efekt ich pracy ukazuje się właśnie na kompakcie (za sprawą wytwórni Gusstaff Records) oraz winylu (za co odpowiada Don’t Sit on My Vinyl). To ciąg dalszy wiosennej, a w zasadzie już wiosenno-letniej, ofensywy Próchna. Najpierw – na początku tego roku – grupa wróciła do aktywnego koncertowania, przygotowując tym samym grunt pod nowy studyjny album, a następnie w ciągu paru tygodni uraczyła fanów „15 miesiącami” oraz „P3”. Swoją drogą przedsmak nowego krążka wielbiciele tria otrzymali już podczas spotkań na żywo; nowe kompozycje uzupełniły bowiem repertuar zaczerpnięty z „Próchna” i „Niżu”. Skład zespołu nie uległ zmianie – obok Gawineckiego wciąż grają w nim Bartosz Leśniewski (gitara elektryczna, syntezator, głos) oraz Artur Sofiński (perkusja) – zmianie za to uległa muzyka. Nie jest to wprawdzie ewolucja tak znacząca, by trudno było teraz rozpoznać grupę, ale da się ją usłyszeć wyraźnie. Przede wszystkim muzycy postawili na powtarzane – na modłę postrockową – obsesyjne rytmy, wokół których budowane są noise’owe partie gitar i syntezatorów. Z jednej strony kłania się fascynacja solowymi dokonaniami amerykańskiego gitarzysty Thurstona Moore’a, z drugiej pobrzmiewają echa dokonań japońskiego mistrza zgiełkliwej elektroniki Merzbowa. Ale ta moneta, jeśli to w ogóle możliwe, ma jeszcze trzecią stronę – sludgemetalową. Wcale nie zdziwiłbym się, gdyby wśród ulubionych formacji muzyków Próchna znaleźli się tacy wykonawcy, jak amerykańskie Corrosion of Conformity i Isis czy japoński Boris. Nie chodzi jednak o to, by komukolwiek wypominać inspiracje, tym bardziej że często co innego tak naprawdę przyświeca artystom, a co innego słyszą krytycy. Najważniejsze jest to, iż Próchno nie ma swojego odpowiednika na polskiej scenie undergroundowej. Nie, to wcale nie oznacza, że w naszym kraju nie gra się tak ekstremalnej muzyki. Owszem, gra, lecz rzadko kiedy tak inteligentnie i z taką konsekwencją. Jeśli ktoś poznał wcześniej „15 miesięcy”, skojarzy dwie kompozycje otwierające „P3”. To właśnie mocno podlany sosem sludgemetalowym „Zmierzch”, który wieńczy zgrzytliwa elektronika, oraz depresyjna „Idzie postać”, w której wykorzystano całą masę efektów noise’owych. Jest gęsto, głośno i niepokojąco. A niepokój ten wzmacniają jeszcze, zazwyczaj dobiegające z oddali, głosy Leśniewskiego i Gawineckiego, którzy deklamują, krzyczą, tylko nie… śpiewają. Nieznanym wcześniej utworem jest trzeci w kolejności, mocno zgrzytliwy „To nie ja”, po którym pojawia się numer najlepszy w całym zestawie – „Spluwa”. Dużo więcej w nim – tak, zdaję sobie sprawę, że trudno w to uwierzyć – mroku; w porównaniu z poprzednikami brzmi też bardziej przystępnie i nastrojowo. Miniaturowe, oparte na dźwiękach narastających syntezatorów „Nikt nie jest bez winy” stanowi introdukcję do „Orędzia”, w którym Próchno wraca na dawne, noise’owe tory. Podobnie rzecz wygląda w zamykającym całość „Powtarzam”. W obu mamy do czynienia z nadzwyczaj gęstą fakturą, zgrzytami i pogłosami oraz – to nieodłączny element tej płyty – obsesyjnymi motywami perkusyjnymi. To one stają się zwornikami obu finałowych (i kilku wcześniejszych) opowieści. Sofiński staje się tym, który wszystko trzyma w ryzach, dzięki czemu koledzy mogą pozwolić sobie na postrockowo-elektroniczne „odloty”. Konsekwencja popłaca, nie mam więc wątpliwości, że ten rok w rodzimym undergroundzie będzie należał do Próchna! Sebastian Chosiński The debut album by Próchno (2019) was created remotely without any rush, for nearly one year. However, Niż (2020), recorded as a single live take during the band's first onsite meeting, showcased the tremendous live potential of the group. P3 combines both of those approaches, and although Gawinecki, Leśniewski, and Sofiński are returning somewhat to the starting point, they end up in a completely different place. Artur Sofinski explains this continuity in the following way: "The album "P3" is a natural continuation of our common journey. We have reached new, previously unexplored areas, but what shaped us in our previous albums is still strongly sensed". Starting the work with ready drum parts forced a different way of thinking about the new material. The band's style became clearly defined on the debut, but despite that, P3 brings even more blurred, degraded music, disconcertingly cold in this form. This peculiar coldness is felt right from the beginning of the album. It's unreal music, full of reverberation, distinctive roughness, and the lyrical layer permeates with a sense of fear, confusion, and disorientation. Marcel Gawinecki summarizes this aspect as follows:" "P3" is, to me, a silent scream in the cauldron of frustration caused by the climate crisis and the blame constantly shifted onto others, frustration caused by senseless prioritization of money over human life, as well as the spectre of social and military conflicts associated with it". Bartosz Leśniewski adds:"It's a very personal album to me. It grew out of my experiences of the past two years. I'm using the sound to respond to difficult and important questions. It's not easy, but it's possible". ..::TRACK-LIST::.. 1. Zmierzch 05:04 2. Idzie postać 05:06 3. To nie ja 05:22 4. Spluwa 05:38 5. Nikt nie jest bez winy 01:07 6. Orędzie 04:39 7. Powtarzam 06:22 ..::OBSADA::.. Marcel Gawinecki - bas, syntezator, wokal Bartosz Leśniewski - gitara, syntezator, wokal Artur Sofiński - perkusja https://www.youtube.com/watch?v=gtAFfsWTmqI SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 0
Komentarze: 0
Data dodania:
2025-12-14 17:07:26
Rozmiar: 202.00 MB
Peerów: 0
Dodał: Fallen_Angel
Opis
...( Info )...
Title: They Were Always Here Artist: Zero 9:36 Year: 2025 Genre: Alternative-Rock Country: USA Duration: 00:22:45 Format/Codec: MP3 Audio bitrate: 320 kbps ...( TrackList )... 1. Decay (00:33) 2. System (01:54) 3. Here to Bleed (02:46) 4. Until the Day I (03:03) 5. Holding On (02:54) 6. Make a Mess (03:10) 7. Disgusting (03:04) 8. Withdrawals (03:09) 9. Leave It All Behind (02:12)
Seedów: 30
Komentarze: 0
Data dodania:
2025-12-13 22:57:58
Rozmiar: 52.34 MB
Peerów: 6
Dodał: Uploader
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI...
..::OPIS::.. LESŁAW I ADMINISTRATORR to wspólny projekt muzyczny liderów dwóch warszawskich formacji doskonale znanych fanom krajowej sceny alternatywnej. Zarówno Lesław, liderujący Kometom (a przed laty kultowej Partii), jak i Administratorr, dowodzący własnym projektem o takiej samej nazwie, nie po raz pierwszy sięgnęli po inspirację jaką stanowi dla nich miejsce, w którym tworzą na co dzień. Najnowsze, wspólne dokonania obu muzyków związanych z Jimmy Jazz Records pojawią się wkrótce na albumie zatytułowanym „Piosenki o Warszawie”, którego zawartość stanowią muzyczne refleksje obu artystów dotyczące Warszawy, wsparte udziałem licznego grona gości. Muniek Staszczyk (T. Love), Martyna Załoga (Nancy Regan), Bartosz Chmielewski (Muzyka Końca Lata), Michał Deptuła (Inside Again), Łukasz Mach (Skowyt), Karol Strzemieczny (Stan Miłości i Zaufania), Paweł Dunin-Wąsowicz (Meble) oraz Krzysztof Varga... to artyści, facynaci, piewcy Stolicy zaproszeni przez Lesława i Administratorra do udziału w projekcie opowiadającym o współczesnej Warszawie. Album „Piosenki o Warszawie” to swoisty przewodnik po miejscach ważnych, ciekawych, intrygujących i niebezpiecznych, opowieść o ludziach, których przeżycia splatają się z historią Stolicy. Choć czas i miejsce w jakich powstały utwory na płytę stawiają w pozycji uprzywilejowanej współczesną Warszawę to jednak autorzy w tekstach nie uciekają od przeszłości miasta, a mimo sporego grona wykonawców zaangażowanych w projekt, reprezentujących na co dzień różne style, płyta stanowi muzyczny i tekstowy monolit. Choć tytuł albumu sugerować może jego lokalny charakter to jednak po przesłuchaniu okazuje się doskonałym materiałem do głębszych przemyśleń nad istota przywiązania do własnego miejsca na ziemi, którego koloryt tworzą w równej mierze domy, ulice i skwery jak i opowieści o ludziach i zdarzeniach. Wydawca 2013 to dla Lesława wielce pracowity rok. Nowa płyta Komet w przygotowaniu (ma się ukazać jesienią), a do tego poboczny projekt – wspólna płyta z Bartoszem Marmołem (znanym jako Administratorr). Jeden z nich to rodowity warszawiak (jak sam śpiewa: Urodziłem się w Warszawie, w szpitalu na Karowej), drugi przyjechał do Warszawy, zamieszkał tu i dał się miastu zafascynować. Spotkali się przypadkiem w jednym studiu jesienią 2009 i… od słowa do słowa, doczekaliśmy się pełnowymiarowej współpracy: concept-albumu, nagranego ze sporą grupą gościnnie zaproszonych wokalistów, również warszawiaków – zbioru obrazów, opisujących współczesną Warszawę. Goście zresztą mają tutaj dość spore pole do popisu, będąc zarazem autorami tekstów swoich piosenek. Lesław – urodzony lider – pokazuje tu swą wszechstronność, udowadniając, że świetnie czuje się również, gdy na chwilę ustępuje pierwszoplanowego miejsca gościom. Bardzo fajnie zaczyna się ta płyta: rozpędzona, dynamiczna „Weronika na Agrykoli” to stylowe, ciepłe brzmienia organów i duet wokalny Muńka Staszczyka i Lesława (wspólnie tworzyli tekst – bardzo ciekawie przeplatają się ze sobą stylistyki obu panów). Przyjemnie bujające, refleksyjne „Rowerem na Wolę” (z frapującym dialogiem wokalnym obu głównych bohaterów płyty) osadzono na pulsie przypominającym nieco tango, gdzieś tam słychać też jakieś echa reggae. Pozytywnie nakręca „Urodziłem się w Warszawie”, łącząca punkową (Clashową dokładnie) dynamikę, klawiszowe wstawki w klimacie The Stranglers i saksofonowe dodatki. Ten saksofon wróci potem jeszcze w skocznym „Stręczycielu”. Również punkowy rodowód ma „Jesteś na Mokotowie”, z przyjemnymi zaplatankami sekcji rytmicznej (w tym różnych perkusjonaliów). Zbudowana na akustycznych brzmieniach, ciekawie wzbogacona jazzującymi partiami gitary elektrycznej bossa-nova „Księżyc nad Ochotą” ma w sobie sporo z „April Rain” Komet. Nie tylko za sprawą łagodnie pobrzmiewającego w tle wibrafonu. „Warszawę Centralną” kapitalnie wzbogacają partie poczciwego melotronu. Intryguje „Ja dalej stąd” – z jednej strony otwiera ten utwór ciekawy riff, z drugiej strony – fajnie się to przegryza z nostalgiczną muzyką i tekstem. „Dziewczyna z zachodu” to ciekawa kombinacja Lesławowej muzyki ze śpiewem Bartosza Chmielewskiego (z Muzyki Końca Lata). Bartosz napisał też tekst do tegoż utworu, utrzymany w typowej dla siebie, ciepłej, urokliwie naiwnej stylistyce (jeśli ktoś miał okazję poznać płytę „PKP Anielina”, wie dokładnie o co chodzi). Dramatycznie wypadają „Ogrody i cmentarze” – oszczędne, zbudowane na elektronicznych dronach tło i recytacja Krzysztofa Vargi. Jest jeszcze znów stranglersowsko-clashowa „Szemrana młodzież” i nieco surfrockowe klimaty w wieńczącej całość „Różance”, z ironiczną melorecytacją Pawła Dunina-Wąsowicza. Z tych pojedynczych obrazków, drobnych odłamków rzeczywistości przepuszczonych przez filtr artystycznych osobowości Lesława i Administratorra wyłania się ciekawy obraz Warszawy drugiej dekady XXI wieku. Ciągle widoczna gdzieś tragiczna przeszłość, blizny pozostawione przez historię – ale te są tu bardziej w tle, jakby na dalszym planie; Lesław i Administratorr skupiają się na chwili obecnej, na utrwalaniu drobnych momentów, zatrzymywaniu ich w czasie. Czasem poetycko, ciepło („Księżyc nad Ochotą”, „Dziewczyna z zachodu”), czasem bardziej przyziemnie („Jesteś na Mokotowie” gdzie tonie niebo, „Żeglarze z portu praskiego”, „Stręczyciel” – o przybyłych tu karierowiczach, którzy Warszawę chcą jedynie wykorzystać). Zawsze – intrygująco. Wychodzi z tego obraz aż zaskakująco spójny, wielobarwny, kolorowy. Ta płyta naprawdę bardzo wciąga – także (a może: zwłaszcza) tych, którzy nigdy w Warszawie nie byli. Jak choćby autor tejże recenzji. Piotr 'Strzyż' Strzyżowski To płyta pełna naturalności i radości z grania. O ile w Kometach Lesław miał etap zadziorny, punkowy, o tyle dziś jest bardziej melodyjny i wyluzowany. Warszawski. W latach 90. kultowym warszawskim zespołem była poruszająca się w stylistyce rock and rolla i rockabilly Partia. Zespół przebił się wtedy z piosenką "Warszawa i ja", wydał kilka płyt i zdobył publiczność może nie ogromną, ale oddaną. Wychwytującą w tekstach warszawskie motywy. Taka lokalna gwiazda dopieszczona przez alternatywne media, jak Radiostacja (dawniej Rozgłośnia Harcerska). Piosenki Partii pisał wokalista i gitarzysta grupy, pochodzący z Żoliborza Lesław. Dziesięć lat temu zamknął on rozdział "Partia" i zaczął działalność pod szyldem Komety. To też od początku było trio z wyrazistym liderem. Zadebiutowało jako grupa przygrywająca do wesela (ale własną, prawdziwą piosenkę) w filmie Przemysława Wojcieszka "Głośniej od bomb". Komety wystąpiły na dużych festiwalach i wydały sześć albumów, coraz bardziej dopracowanych brzmieniowo i różnorodnych stylistycznie. W tym roku pewnie doczekamy się kolejnego. Na razie wielbiciele ich muzyki dostali długo oczekiwaną płytę podpisaną przez Lesława i Administratorra. Ten drugi trochę na wyrost jest przedstawiany przez wydawcę na równi z szefem Komet, jako "lider warszawskiej formacji doskonale znanej fanom krajowej alternatywy". W tym roku chce wydać dopiero drugą płytę. "Piosenki o Warszawie" zyskały więc rozgłos przede wszystkim dzięki Lesławowi i grupie gości, którzy do części kompozycji zaśpiewali swoje teksty. Wśród nich są: Karol Strzemieczny z Pauli i Karola, Bartosz Chmielewski z Muzyki Końca Lata, Martyna Załoga z Nancy Regan, a także Paweł Dunin-Wąsowicz oraz recytujący swój tekst Krzysztof Varga. Wszystko to postaci związane z Warszawą i często piszące o stolicy. Wideo do "Weroniki na Agrykoli" śpiewanej przez Lesława i Muńka reżyserował Vienio, raper, radiowiec i animator muzycznego życia Warszawy. Lesław pozwala błyszczeć mniej znanemu Administratorrowi, a każdy z gości w swojej piosence jest "u siebie", we własnej konwencji. Lesław już dawniej – bez względu na to, czy sięgał po wątki latynoskie, polski bigbit, czy po soul rodem z Motown – zawsze był po prostu warszawski: szczery, jasny. Warszawskość to u niego melancholia, oddychanie tęsknotą za tym, co tu się nigdy nie mogło wydarzyć, zdolność tego zmęczonego miasta (a zatem i jego mieszkańców) do odradzania się, wstawania z kolan. "W przekrwionych oczach siatka ulic dumnego miasta", śpiewa Lesław. Razem z Administratorrem Lesław przygotował zestaw współczesnych przebojów – zawadiackich, odwołujących się do konkretnych miejsc i sytuacji, ale przede wszystkim chwytliwych. "Warszawa to jedyny świat, jaki znamy", tłumaczy bez pretensji Lesław, a Administratorr (doskonały tekściarz) powołuje do życia "żeglarzy z Portu Praskiego" czekających na przypływ w spalonej kamienicy. Varga poprawia swoją melancholią, Dunin-Wąsowicz dokłada do niej doskonałą pamięć i skłonność do katalogowania tego, czego nie ma. Obaj zamiast opowiadać historie, przedstawiają przetarte kadry jak z filmu. Dają albumowi charakterystyczne warszawskie zmęczenie, pogodną rezygnację i niespieszność. Jacek Świąder ..::TRACK-LIST::.. 1. Weronika na Agrykoli (gościnnie Muniek - T.Love) 2. Rowerem na Wolę 3. Urodziłem się w Warszawie 4. Jesteś na Mokotowie 5. Księzyc nad Ochota 6. Warszawa Centralna 7. Stręczyciel (gościnnie Martyna Załoga - Nancy Regan, Kryzys) 8. Ja dalej stąd (gościnnie Karol Strzemieczny - Paula i Karol, Stan Miłości i Zaufania) 9. Dziewczyna z Zachodu (gościnnie Bartosz Chmielewski - Muzyka Końca Lata) 10. Ogrody i cmentarze (gościnnie Krzysztof Varga) 11. Żeglarze z Portu Praskiego (gościnnie Michał Deptuła - Inside Again) 12. Szemrana Młodzież (gościnnie Łukasz Mach - Skowyt) 13. Różanka (gościnnie paweł Dunin-Wąsowicz - Meble) https://www.youtube.com/watch?v=L4J-7f3YYho SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 0
Komentarze: 0
Data dodania:
2025-12-07 12:19:04
Rozmiar: 88.85 MB
Peerów: 0
Dodał: Fallen_Angel
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI...
..::OPIS::.. LESŁAW I ADMINISTRATORR to wspólny projekt muzyczny liderów dwóch warszawskich formacji doskonale znanych fanom krajowej sceny alternatywnej. Zarówno Lesław, liderujący Kometom (a przed laty kultowej Partii), jak i Administratorr, dowodzący własnym projektem o takiej samej nazwie, nie po raz pierwszy sięgnęli po inspirację jaką stanowi dla nich miejsce, w którym tworzą na co dzień. Najnowsze, wspólne dokonania obu muzyków związanych z Jimmy Jazz Records pojawią się wkrótce na albumie zatytułowanym „Piosenki o Warszawie”, którego zawartość stanowią muzyczne refleksje obu artystów dotyczące Warszawy, wsparte udziałem licznego grona gości. Muniek Staszczyk (T. Love), Martyna Załoga (Nancy Regan), Bartosz Chmielewski (Muzyka Końca Lata), Michał Deptuła (Inside Again), Łukasz Mach (Skowyt), Karol Strzemieczny (Stan Miłości i Zaufania), Paweł Dunin-Wąsowicz (Meble) oraz Krzysztof Varga... to artyści, facynaci, piewcy Stolicy zaproszeni przez Lesława i Administratorra do udziału w projekcie opowiadającym o współczesnej Warszawie. Album „Piosenki o Warszawie” to swoisty przewodnik po miejscach ważnych, ciekawych, intrygujących i niebezpiecznych, opowieść o ludziach, których przeżycia splatają się z historią Stolicy. Choć czas i miejsce w jakich powstały utwory na płytę stawiają w pozycji uprzywilejowanej współczesną Warszawę to jednak autorzy w tekstach nie uciekają od przeszłości miasta, a mimo sporego grona wykonawców zaangażowanych w projekt, reprezentujących na co dzień różne style, płyta stanowi muzyczny i tekstowy monolit. Choć tytuł albumu sugerować może jego lokalny charakter to jednak po przesłuchaniu okazuje się doskonałym materiałem do głębszych przemyśleń nad istota przywiązania do własnego miejsca na ziemi, którego koloryt tworzą w równej mierze domy, ulice i skwery jak i opowieści o ludziach i zdarzeniach. Wydawca 2013 to dla Lesława wielce pracowity rok. Nowa płyta Komet w przygotowaniu (ma się ukazać jesienią), a do tego poboczny projekt – wspólna płyta z Bartoszem Marmołem (znanym jako Administratorr). Jeden z nich to rodowity warszawiak (jak sam śpiewa: Urodziłem się w Warszawie, w szpitalu na Karowej), drugi przyjechał do Warszawy, zamieszkał tu i dał się miastu zafascynować. Spotkali się przypadkiem w jednym studiu jesienią 2009 i… od słowa do słowa, doczekaliśmy się pełnowymiarowej współpracy: concept-albumu, nagranego ze sporą grupą gościnnie zaproszonych wokalistów, również warszawiaków – zbioru obrazów, opisujących współczesną Warszawę. Goście zresztą mają tutaj dość spore pole do popisu, będąc zarazem autorami tekstów swoich piosenek. Lesław – urodzony lider – pokazuje tu swą wszechstronność, udowadniając, że świetnie czuje się również, gdy na chwilę ustępuje pierwszoplanowego miejsca gościom. Bardzo fajnie zaczyna się ta płyta: rozpędzona, dynamiczna „Weronika na Agrykoli” to stylowe, ciepłe brzmienia organów i duet wokalny Muńka Staszczyka i Lesława (wspólnie tworzyli tekst – bardzo ciekawie przeplatają się ze sobą stylistyki obu panów). Przyjemnie bujające, refleksyjne „Rowerem na Wolę” (z frapującym dialogiem wokalnym obu głównych bohaterów płyty) osadzono na pulsie przypominającym nieco tango, gdzieś tam słychać też jakieś echa reggae. Pozytywnie nakręca „Urodziłem się w Warszawie”, łącząca punkową (Clashową dokładnie) dynamikę, klawiszowe wstawki w klimacie The Stranglers i saksofonowe dodatki. Ten saksofon wróci potem jeszcze w skocznym „Stręczycielu”. Również punkowy rodowód ma „Jesteś na Mokotowie”, z przyjemnymi zaplatankami sekcji rytmicznej (w tym różnych perkusjonaliów). Zbudowana na akustycznych brzmieniach, ciekawie wzbogacona jazzującymi partiami gitary elektrycznej bossa-nova „Księżyc nad Ochotą” ma w sobie sporo z „April Rain” Komet. Nie tylko za sprawą łagodnie pobrzmiewającego w tle wibrafonu. „Warszawę Centralną” kapitalnie wzbogacają partie poczciwego melotronu. Intryguje „Ja dalej stąd” – z jednej strony otwiera ten utwór ciekawy riff, z drugiej strony – fajnie się to przegryza z nostalgiczną muzyką i tekstem. „Dziewczyna z zachodu” to ciekawa kombinacja Lesławowej muzyki ze śpiewem Bartosza Chmielewskiego (z Muzyki Końca Lata). Bartosz napisał też tekst do tegoż utworu, utrzymany w typowej dla siebie, ciepłej, urokliwie naiwnej stylistyce (jeśli ktoś miał okazję poznać płytę „PKP Anielina”, wie dokładnie o co chodzi). Dramatycznie wypadają „Ogrody i cmentarze” – oszczędne, zbudowane na elektronicznych dronach tło i recytacja Krzysztofa Vargi. Jest jeszcze znów stranglersowsko-clashowa „Szemrana młodzież” i nieco surfrockowe klimaty w wieńczącej całość „Różance”, z ironiczną melorecytacją Pawła Dunina-Wąsowicza. Z tych pojedynczych obrazków, drobnych odłamków rzeczywistości przepuszczonych przez filtr artystycznych osobowości Lesława i Administratorra wyłania się ciekawy obraz Warszawy drugiej dekady XXI wieku. Ciągle widoczna gdzieś tragiczna przeszłość, blizny pozostawione przez historię – ale te są tu bardziej w tle, jakby na dalszym planie; Lesław i Administratorr skupiają się na chwili obecnej, na utrwalaniu drobnych momentów, zatrzymywaniu ich w czasie. Czasem poetycko, ciepło („Księżyc nad Ochotą”, „Dziewczyna z zachodu”), czasem bardziej przyziemnie („Jesteś na Mokotowie” gdzie tonie niebo, „Żeglarze z portu praskiego”, „Stręczyciel” – o przybyłych tu karierowiczach, którzy Warszawę chcą jedynie wykorzystać). Zawsze – intrygująco. Wychodzi z tego obraz aż zaskakująco spójny, wielobarwny, kolorowy. Ta płyta naprawdę bardzo wciąga – także (a może: zwłaszcza) tych, którzy nigdy w Warszawie nie byli. Jak choćby autor tejże recenzji. Piotr 'Strzyż' Strzyżowski To płyta pełna naturalności i radości z grania. O ile w Kometach Lesław miał etap zadziorny, punkowy, o tyle dziś jest bardziej melodyjny i wyluzowany. Warszawski. W latach 90. kultowym warszawskim zespołem była poruszająca się w stylistyce rock and rolla i rockabilly Partia. Zespół przebił się wtedy z piosenką "Warszawa i ja", wydał kilka płyt i zdobył publiczność może nie ogromną, ale oddaną. Wychwytującą w tekstach warszawskie motywy. Taka lokalna gwiazda dopieszczona przez alternatywne media, jak Radiostacja (dawniej Rozgłośnia Harcerska). Piosenki Partii pisał wokalista i gitarzysta grupy, pochodzący z Żoliborza Lesław. Dziesięć lat temu zamknął on rozdział "Partia" i zaczął działalność pod szyldem Komety. To też od początku było trio z wyrazistym liderem. Zadebiutowało jako grupa przygrywająca do wesela (ale własną, prawdziwą piosenkę) w filmie Przemysława Wojcieszka "Głośniej od bomb". Komety wystąpiły na dużych festiwalach i wydały sześć albumów, coraz bardziej dopracowanych brzmieniowo i różnorodnych stylistycznie. W tym roku pewnie doczekamy się kolejnego. Na razie wielbiciele ich muzyki dostali długo oczekiwaną płytę podpisaną przez Lesława i Administratorra. Ten drugi trochę na wyrost jest przedstawiany przez wydawcę na równi z szefem Komet, jako "lider warszawskiej formacji doskonale znanej fanom krajowej alternatywy". W tym roku chce wydać dopiero drugą płytę. "Piosenki o Warszawie" zyskały więc rozgłos przede wszystkim dzięki Lesławowi i grupie gości, którzy do części kompozycji zaśpiewali swoje teksty. Wśród nich są: Karol Strzemieczny z Pauli i Karola, Bartosz Chmielewski z Muzyki Końca Lata, Martyna Załoga z Nancy Regan, a także Paweł Dunin-Wąsowicz oraz recytujący swój tekst Krzysztof Varga. Wszystko to postaci związane z Warszawą i często piszące o stolicy. Wideo do "Weroniki na Agrykoli" śpiewanej przez Lesława i Muńka reżyserował Vienio, raper, radiowiec i animator muzycznego życia Warszawy. Lesław pozwala błyszczeć mniej znanemu Administratorrowi, a każdy z gości w swojej piosence jest "u siebie", we własnej konwencji. Lesław już dawniej – bez względu na to, czy sięgał po wątki latynoskie, polski bigbit, czy po soul rodem z Motown – zawsze był po prostu warszawski: szczery, jasny. Warszawskość to u niego melancholia, oddychanie tęsknotą za tym, co tu się nigdy nie mogło wydarzyć, zdolność tego zmęczonego miasta (a zatem i jego mieszkańców) do odradzania się, wstawania z kolan. "W przekrwionych oczach siatka ulic dumnego miasta", śpiewa Lesław. Razem z Administratorrem Lesław przygotował zestaw współczesnych przebojów – zawadiackich, odwołujących się do konkretnych miejsc i sytuacji, ale przede wszystkim chwytliwych. "Warszawa to jedyny świat, jaki znamy", tłumaczy bez pretensji Lesław, a Administratorr (doskonały tekściarz) powołuje do życia "żeglarzy z Portu Praskiego" czekających na przypływ w spalonej kamienicy. Varga poprawia swoją melancholią, Dunin-Wąsowicz dokłada do niej doskonałą pamięć i skłonność do katalogowania tego, czego nie ma. Obaj zamiast opowiadać historie, przedstawiają przetarte kadry jak z filmu. Dają albumowi charakterystyczne warszawskie zmęczenie, pogodną rezygnację i niespieszność. Jacek Świąder ..::TRACK-LIST::.. 1. Weronika na Agrykoli (gościnnie Muniek - T.Love) 2. Rowerem na Wolę 3. Urodziłem się w Warszawie 4. Jesteś na Mokotowie 5. Księzyc nad Ochota 6. Warszawa Centralna 7. Stręczyciel (gościnnie Martyna Załoga - Nancy Regan, Kryzys) 8. Ja dalej stąd (gościnnie Karol Strzemieczny - Paula i Karol, Stan Miłości i Zaufania) 9. Dziewczyna z Zachodu (gościnnie Bartosz Chmielewski - Muzyka Końca Lata) 10. Ogrody i cmentarze (gościnnie Krzysztof Varga) 11. Żeglarze z Portu Praskiego (gościnnie Michał Deptuła - Inside Again) 12. Szemrana Młodzież (gościnnie Łukasz Mach - Skowyt) 13. Różanka (gościnnie paweł Dunin-Wąsowicz - Meble) https://www.youtube.com/watch?v=L4J-7f3YYho SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 0
Komentarze: 0
Data dodania:
2025-12-07 12:15:24
Rozmiar: 267.76 MB
Peerów: 0
Dodał: Fallen_Angel
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI...
..::OPIS::.. Redakcja - nowy zespół Dariusza Duszy, skupia utalentowanych muzyków. Łączy w sobie energetyczną muzykę z ambitnymi tekstami podążając stylistycznie w różnych kierunkach. Bazą repertuarową zespołu jest energetyczny rockowy repertuar, w którym odnaleźć można także kilka bardziej stonowanych kompozycji. Redakcja z upodobaniem sięga po gitarowe przeboje oparte na tradycyjnym rock'n'rollu nie unikając niekiedy bardziej punkowych rytmów czy pojawiających się nader często wpływów reggae, które dla wielu fanów mogą być łącznikiem dokonań Redakcji z tym co Dusza tworzył w formacji DiM. Album Redakcji zatytułowany 'Horrroskop' to z pewnością artystyczne wydarzenie zarówno dla wszystkich, którzy znają wcześniejsze dokonania Duszy jak i tych, którym płyta ta stworzy dopiero możliwość ich poznania. Album jest doskonałym przykładem jak można pogodzić tradycyjne rockowe granie z odrobina punkowego szaleństwa i rytmiką reggae. ..::TRACK-LIST::.. 1. Pięć dni 2. Kolejny pomnik 3. Fanatycy 4. Horrroskop 5. Ratuj mnie przed samym sobą 6. Dziś umarłem na ulicy 7. Żadna praca nie hańbi 8. Tak jak kot 9. Nad moją głową 10. Robal 11. Karmazynowy śnieg 12. Przepis na szczęście 13. Zabójcy snów 14. Pod kinem https://www.youtube.com/watch?v=S80X6OcMJg4 SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 0
Komentarze: 0
Data dodania:
2025-12-05 17:17:15
Rozmiar: 112.34 MB
Peerów: 0
Dodał: Fallen_Angel
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI...
..::OPIS::.. Redakcja - nowy zespół Dariusza Duszy, skupia utalentowanych muzyków. Łączy w sobie energetyczną muzykę z ambitnymi tekstami podążając stylistycznie w różnych kierunkach. Bazą repertuarową zespołu jest energetyczny rockowy repertuar, w którym odnaleźć można także kilka bardziej stonowanych kompozycji. Redakcja z upodobaniem sięga po gitarowe przeboje oparte na tradycyjnym rock'n'rollu nie unikając niekiedy bardziej punkowych rytmów czy pojawiających się nader często wpływów reggae, które dla wielu fanów mogą być łącznikiem dokonań Redakcji z tym co Dusza tworzył w formacji DiM. Album Redakcji zatytułowany 'Horrroskop' to z pewnością artystyczne wydarzenie zarówno dla wszystkich, którzy znają wcześniejsze dokonania Duszy jak i tych, którym płyta ta stworzy dopiero możliwość ich poznania. Album jest doskonałym przykładem jak można pogodzić tradycyjne rockowe granie z odrobina punkowego szaleństwa i rytmiką reggae. ..::TRACK-LIST::.. 1. Pięć dni 2. Kolejny pomnik 3. Fanatycy 4. Horrroskop 5. Ratuj mnie przed samym sobą 6. Dziś umarłem na ulicy 7. Żadna praca nie hańbi 8. Tak jak kot 9. Nad moją głową 10. Robal 11. Karmazynowy śnieg 12. Przepis na szczęście 13. Zabójcy snów 14. Pod kinem https://www.youtube.com/watch?v=S80X6OcMJg4 SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 0
Komentarze: 0
Data dodania:
2025-12-05 17:13:48
Rozmiar: 343.34 MB
Peerów: 0
Dodał: Fallen_Angel
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI...
..::OPIS::.. Administratorr to pseudonim artystyczny gitarzysty Bartosza Marmola, a jednocześnie nazwa zespołu, który od roku 2010 związany jest z wytwórnią Jimmy Jazz Records i dla niej nagrał swoje dwa dotychczasowe albumy: debiutanckie "Piosenki w kaftanie" i nagrane wspólnie z Lesławem (Komety) "Piosenki o Warszawie". Oba wydawnictwa otrzymały bardzo dobre oceny zarówno ze strony fanów jak i recenzentów muzycznych. Takie utwory jak „Rowerem na Wolę", "Berliner", "Polityczna zagłada" na stałe zadomowiły się na playlistach wielu rozgłośni radiowych. Najnowszy album o tytule "Powierzchnie wspólne" powstawał równolegle ze wspomnianymi "Piosenkami o Warszawie". Obie płyty mają wspólny muzyczny mianownik, choć tworzą odrębne historie choćby za sprawą tematyki tekstów. Administratorr podkreśla, że ten materiał muzyczny to "powierzchnia wyjątkowo osobista". Teksty choć czasami surrealistyczne to jednak zrozumiałe, pokazują naszą codzienność, stosunki międzyludzkie, a także świat polityki. Nowy album to muzyczna kontynuacja drogi obranej przy debiutanckiej płycie. Nie ma wątpliwości, że w dokonaniach Administratorra mamy do czynienia z muzyczną alternatywą, ze źródłami w garażowym rocku i rdzennym rock’n’rollu nie pozbawioną jednak wielu smaczków rodem z zupełnie innej bajki. Ciągły rozwój i kolejne etapy muzycznego wtajemniczenia to zresztą jedna z wizytówek Administratorra. Choć za sprawą przebojowego repertuaru „Powierzchniom wspólnym” bliżej zapewne do radiowych list przebojów niż sceny garażowej to jednak bezsprzecznie nie mamy tu do czynienia z muzyką lekką, łatwa i przyjemną ale z rasową, solidną porcja alternatywnego, przebojowego rock’n’rolla, który docenić jest w stanie każdy kto postanowi poświęcić tej płycie trochę swojego czasu. Wydawca Moja przygoda z twórczością stołecznej formacji Administratorr rozpoczęła się w 2010 roku, kiedy to ukazał się ich debiut „Piosenki W Kaftanie”. Płyta zrobiła na mnie spore wrażenie, a to w przypadku rodzimych wydawnictw nie jest takie łatwe. Później pojawił się album zrobiony przy współudziale Lesława (Komety, Partia), który nieopatrznie przeoczyłem. Z kolei na dniach ukazał się najnowszy, autorski materiał zespołu, który rzekomo powstawał w tym samym czasie co wyżej wspomniane „Piosenki O Warszawie”. Tym razem postanowiłem nie powielać grzechów przeszłości i dzięki uprzejmości Jimmy Jazz Records wszedłem w posiadanie „Powierzchni Wspólnych”, najnowszego albumu Administratorra. Jakie wrażenia? Jak w przypadku debiutu tak i tym razem Warszawiacy stworzyli rzecz na poziomie, tyle, że na dużo wyższym niż poprzednio. Być może uboga okładka niespecjalnie zachęca do wspólnej przygody, ale przecież to muzyka jest najważniejsza. Ta wciąga i magnetyzuje z niezwykłą siłą. Co tu dużo mówić – panowie mają głowy wypełnione niebanalnymi pomysłami, które realizują w mistrzowski sposób. Raptem po kilku odsłuchach wszystko nabiera odpowiednich kolorów, staje się przejrzyste niczym okładkowy szkic architektoniczny. Muzycznie panowie kontynuują wątki zainicjowane przy okazji debiutu. Jednak nie można im zarzucić twórczej stagnacji. Wręcz przeciwnie, zespół idzie do przodu, wciąż się rozwija i to słychać. Przez to muzyka staje się coraz ciekawsza, dojrzalsza. Jeżeli ktoś oczekuje porównań, to słuchając premierowych kompozycji nieraz przemknęły mi przez myśl takie nazwy jak Chłopcy Z Placu Broni, Róże Europy czy Firebirds. To i tak nie wszystko, bo Administratorr tym razem wpuścił do swojej twórczości spory ładunek brytyjskich emocji, których nie powstydziłyby się Coldplay czy Travis. Najważniejszy jest fakt, że „Powierzchnie Wspólne” mimo wszystko prezentują się nad wyraz oryginalnie, świeżo. Być może sporą tego zasługą jest specyficzna barwa wokalisty (Bartosz Marmol) – podobnie jak Grabaż (Strachy Na Lachy) czy Lesław, przeważnie śpiewa w tych samych rejestrach, co nie wadzi, a wręcz sprzyja. Bronią się też same utwory – każdy z nich jest przemyślany, posiada chwytliwy motyw. Wiele spośród nich szybko zapada w pamięć, jak choćby refren „Królowej Cellulitu”, do którego zrealizowano teledysk, nośny „Harcerski” z wyrazistą pracą wyeksponowanego basu. Równie dobrze wypadają otwierający „Guziki”, świetny tekstowo „Piosenka Młodych Architektów” czy bardziej żywiołowy „Mój Prezydent” – jeżeli chodzi o tekst, też trafiony jak cholera. Album posiada jakby dwa oblicza; jeden bardziej nastrojowy, melancholijny co słychać przy okazji „Guziki”, „Ostatni Człowiek W Kosmosie” oraz świetnym „Wrocław Wzywa” i drugi bardziej zwariowany, czasem żartobliwy co pokazują „Królowa Cellulitu” czy też „Pachniesz Dziwnie”, ostrzejszy „Szalony Humanista”. W obu wcieleniach Administratorr prezentuje się naturalnie, wiarygodnie, po prostu bardzo dobrze. Dodam, że na płycie brak „średniaków” – wszystkie z czternastu utworów mają w sobie to coś. „Powierzchnie Wspólne” to materiał z pewnością udany, posiadający w sobie wiele cech znamiennych dla rodzimej muzyki alternatywnej i to z różnego okresu. Płyta została zrealizowana na wysokim poziomie, co w zestawieniu z pomysłowymi kompozycjami robi jak najlepsze wrażenie. Komu bliskie są rockowe brzmienia z wyczuwalnym sentymentem wobec lat 80 – tych, a niekiedy nawet bardziej odległych czasów, ten z pewnością pokocha nowy materiał Administratorr. Bez dwóch zdań zespół wykonał kawał dobrej roboty – BRAWO! Marcin Magiera ..::TRACK-LIST::.. 1. Guziki 2. Królowa Cellulitu 3. Ostatni Człowiek W Kosmosie 4. Mój Prezydent 5. Czekoladowa 6. Godzina Spóźnionych Przechodniów 7. Pachniesz Dziwnie 8. Wrocław Wzywa 9. Harcerski 10. Piosenka Młodych Architektów 11. Szalony Humanista 12. Na Mnie Nie Licz 13. Umiera 14. PKP https://www.youtube.com/watch?v=4J8HltticQ4 SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 0
Komentarze: 0
Data dodania:
2025-11-30 10:30:40
Rozmiar: 98.11 MB
Peerów: 0
Dodał: Fallen_Angel
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI...
..::OPIS::.. Administratorr to pseudonim artystyczny gitarzysty Bartosza Marmola, a jednocześnie nazwa zespołu, który od roku 2010 związany jest z wytwórnią Jimmy Jazz Records i dla niej nagrał swoje dwa dotychczasowe albumy: debiutanckie "Piosenki w kaftanie" i nagrane wspólnie z Lesławem (Komety) "Piosenki o Warszawie". Oba wydawnictwa otrzymały bardzo dobre oceny zarówno ze strony fanów jak i recenzentów muzycznych. Takie utwory jak „Rowerem na Wolę", "Berliner", "Polityczna zagłada" na stałe zadomowiły się na playlistach wielu rozgłośni radiowych. Najnowszy album o tytule "Powierzchnie wspólne" powstawał równolegle ze wspomnianymi "Piosenkami o Warszawie". Obie płyty mają wspólny muzyczny mianownik, choć tworzą odrębne historie choćby za sprawą tematyki tekstów. Administratorr podkreśla, że ten materiał muzyczny to "powierzchnia wyjątkowo osobista". Teksty choć czasami surrealistyczne to jednak zrozumiałe, pokazują naszą codzienność, stosunki międzyludzkie, a także świat polityki. Nowy album to muzyczna kontynuacja drogi obranej przy debiutanckiej płycie. Nie ma wątpliwości, że w dokonaniach Administratorra mamy do czynienia z muzyczną alternatywą, ze źródłami w garażowym rocku i rdzennym rock’n’rollu nie pozbawioną jednak wielu smaczków rodem z zupełnie innej bajki. Ciągły rozwój i kolejne etapy muzycznego wtajemniczenia to zresztą jedna z wizytówek Administratorra. Choć za sprawą przebojowego repertuaru „Powierzchniom wspólnym” bliżej zapewne do radiowych list przebojów niż sceny garażowej to jednak bezsprzecznie nie mamy tu do czynienia z muzyką lekką, łatwa i przyjemną ale z rasową, solidną porcja alternatywnego, przebojowego rock’n’rolla, który docenić jest w stanie każdy kto postanowi poświęcić tej płycie trochę swojego czasu. Wydawca Moja przygoda z twórczością stołecznej formacji Administratorr rozpoczęła się w 2010 roku, kiedy to ukazał się ich debiut „Piosenki W Kaftanie”. Płyta zrobiła na mnie spore wrażenie, a to w przypadku rodzimych wydawnictw nie jest takie łatwe. Później pojawił się album zrobiony przy współudziale Lesława (Komety, Partia), który nieopatrznie przeoczyłem. Z kolei na dniach ukazał się najnowszy, autorski materiał zespołu, który rzekomo powstawał w tym samym czasie co wyżej wspomniane „Piosenki O Warszawie”. Tym razem postanowiłem nie powielać grzechów przeszłości i dzięki uprzejmości Jimmy Jazz Records wszedłem w posiadanie „Powierzchni Wspólnych”, najnowszego albumu Administratorra. Jakie wrażenia? Jak w przypadku debiutu tak i tym razem Warszawiacy stworzyli rzecz na poziomie, tyle, że na dużo wyższym niż poprzednio. Być może uboga okładka niespecjalnie zachęca do wspólnej przygody, ale przecież to muzyka jest najważniejsza. Ta wciąga i magnetyzuje z niezwykłą siłą. Co tu dużo mówić – panowie mają głowy wypełnione niebanalnymi pomysłami, które realizują w mistrzowski sposób. Raptem po kilku odsłuchach wszystko nabiera odpowiednich kolorów, staje się przejrzyste niczym okładkowy szkic architektoniczny. Muzycznie panowie kontynuują wątki zainicjowane przy okazji debiutu. Jednak nie można im zarzucić twórczej stagnacji. Wręcz przeciwnie, zespół idzie do przodu, wciąż się rozwija i to słychać. Przez to muzyka staje się coraz ciekawsza, dojrzalsza. Jeżeli ktoś oczekuje porównań, to słuchając premierowych kompozycji nieraz przemknęły mi przez myśl takie nazwy jak Chłopcy Z Placu Broni, Róże Europy czy Firebirds. To i tak nie wszystko, bo Administratorr tym razem wpuścił do swojej twórczości spory ładunek brytyjskich emocji, których nie powstydziłyby się Coldplay czy Travis. Najważniejszy jest fakt, że „Powierzchnie Wspólne” mimo wszystko prezentują się nad wyraz oryginalnie, świeżo. Być może sporą tego zasługą jest specyficzna barwa wokalisty (Bartosz Marmol) – podobnie jak Grabaż (Strachy Na Lachy) czy Lesław, przeważnie śpiewa w tych samych rejestrach, co nie wadzi, a wręcz sprzyja. Bronią się też same utwory – każdy z nich jest przemyślany, posiada chwytliwy motyw. Wiele spośród nich szybko zapada w pamięć, jak choćby refren „Królowej Cellulitu”, do którego zrealizowano teledysk, nośny „Harcerski” z wyrazistą pracą wyeksponowanego basu. Równie dobrze wypadają otwierający „Guziki”, świetny tekstowo „Piosenka Młodych Architektów” czy bardziej żywiołowy „Mój Prezydent” – jeżeli chodzi o tekst, też trafiony jak cholera. Album posiada jakby dwa oblicza; jeden bardziej nastrojowy, melancholijny co słychać przy okazji „Guziki”, „Ostatni Człowiek W Kosmosie” oraz świetnym „Wrocław Wzywa” i drugi bardziej zwariowany, czasem żartobliwy co pokazują „Królowa Cellulitu” czy też „Pachniesz Dziwnie”, ostrzejszy „Szalony Humanista”. W obu wcieleniach Administratorr prezentuje się naturalnie, wiarygodnie, po prostu bardzo dobrze. Dodam, że na płycie brak „średniaków” – wszystkie z czternastu utworów mają w sobie to coś. „Powierzchnie Wspólne” to materiał z pewnością udany, posiadający w sobie wiele cech znamiennych dla rodzimej muzyki alternatywnej i to z różnego okresu. Płyta została zrealizowana na wysokim poziomie, co w zestawieniu z pomysłowymi kompozycjami robi jak najlepsze wrażenie. Komu bliskie są rockowe brzmienia z wyczuwalnym sentymentem wobec lat 80 – tych, a niekiedy nawet bardziej odległych czasów, ten z pewnością pokocha nowy materiał Administratorr. Bez dwóch zdań zespół wykonał kawał dobrej roboty – BRAWO! Marcin Magiera ..::TRACK-LIST::.. 1. Guziki 2. Królowa Cellulitu 3. Ostatni Człowiek W Kosmosie 4. Mój Prezydent 5. Czekoladowa 6. Godzina Spóźnionych Przechodniów 7. Pachniesz Dziwnie 8. Wrocław Wzywa 9. Harcerski 10. Piosenka Młodych Architektów 11. Szalony Humanista 12. Na Mnie Nie Licz 13. Umiera 14. PKP https://www.youtube.com/watch?v=4J8HltticQ4 SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 0
Komentarze: 0
Data dodania:
2025-11-30 10:26:16
Rozmiar: 287.02 MB
Peerów: 0
Dodał: Fallen_Angel
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI...
..::OPIS::.. Intrygujące, eklektyczne brzmienie formacji Ser Charles wymyka się muzycznym klasyfikacjom. Debiutancki album toruńskiej grupy jest tak wielowątkowy jak wielowątkowe są zainteresowania muzyków z jednakową zręcznością sięgających zarówno do źródeł post punkowego, alternatywnego rocka jak i poetyckiej ekspresji. Mroczne dźwięki instrumentów hipnotyzują na równi z nieszablonowymi tekstami nie pozostawiając słuchacza obojętnym... Skład zebrał Stefan Kornacki, autor tekstów - laureat m.in. „Talentów Trójki 2012” w kategorii Sztuki Wizualne - a za muzykę w zespole odpowiadają Paweł Możuch, Adam Staszewski oraz Tomasz Organek tegoroczny laureat nagrody muzycznej Mateusze Trójki. Tworzymy liryczny punk - deklarują członkowie Ser Charles - Skondensowane formy muzyczne, mocny przekaz, kamuflaż z wulgaryzmów, haseł codzienności. Skutecznie zrzucone bomby. Chcemy grać na dużych i małych scenach. Chcemy zrobić szum na poetyckich zlotach. Wydawca Wszyscy fani Świetlików (oraz Variete) będą zachwyceni tą płytą. Genialne wierszo-piosenki otulone ostrym, rockowym, surowym brzmieniem. Dawno już nie było młodego zespołu, który w tak ambitny sposób łączy niebanalne teksty z bezkompromisową muzyką gitarową. Piosenki są krótkie - kondensacja treści do maksimum, jest to album bez żadnych wypełniaczy. Współczesna poezja z dźwiękami najlepszych rockowych czasów. bartoszch Za grupą Ser Charles stoi Stefan Kornacki - artysta multimedialny, poeta i autor tekstów, laureat "Talentów Trójki 2012" w kategorii Sztuki Wizualne. Początkowo pod pseudonimem Ser Charles publikował swoje wiersze, które stały się podstawą i punktem wyjściowym do komponowania utworów. Za stronę muzyczną przedsięwzięcia odpowiadają Paweł Możuch, Adam Staszewski oraz Tomasz Organek - ubiegłoroczny laureat nagrody muzycznej Mateusze Trójki za znakomitą płytę "Głupi". Muzyka formacji zakorzeniona jest w post punku i nowej fali. Brzmienie jest brutalne, mroczne, jazgotliwe i niepokojące. Na tym tle słyszymy melodeklamacje Stefana Kornackiego. Poeta interpretuje swoje wiersze dość sugestywnie, choć nie próbuje robić tego w sposób aktorski. Utwory są krótkie, dosadne, pełne ciekawych skojarzeń, czasem wulgarne. Łączenie poezji z rockiem nie jest niczym nowym w polskiej muzyce, stanowi przeciwwagę dla znienawidzonej przez wielu tzw. poezji śpiewanej. Podobny zabieg stosował choćby Marcin Świetlicki i jego Świetliki czy niedawno Dr Misio. W przypadku Ser Charles efekt jest równie frapujący. Marek Dusza ..::TRACK-LIST::.. 1. Never Saved 2. Irak 3. Niesymetryczne 4. Czasy 5. Będzie 6. Kotwica 7. Jacek 8. Vanilla Ice 9. Kolejne Cuda 10. Książki O Czołgach I Hitlerze 11. Daria 12. Miasto Sportu 13. Mager Fan 14. Wydłużenie Pobytu 15. Babie Lato 16. 19 https://www.youtube.com/watch?v=9JmloJte0Pw SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 0
Komentarze: 0
Data dodania:
2025-11-23 19:16:44
Rozmiar: 87.67 MB
Peerów: 0
Dodał: Fallen_Angel
Opis
...SIŁA I PIĘKNO MUZYKI TKWIĄ W JEJ RÓŻNORODNOŚCI...
..::OPIS::.. Intrygujące, eklektyczne brzmienie formacji Ser Charles wymyka się muzycznym klasyfikacjom. Debiutancki album toruńskiej grupy jest tak wielowątkowy jak wielowątkowe są zainteresowania muzyków z jednakową zręcznością sięgających zarówno do źródeł post punkowego, alternatywnego rocka jak i poetyckiej ekspresji. Mroczne dźwięki instrumentów hipnotyzują na równi z nieszablonowymi tekstami nie pozostawiając słuchacza obojętnym... Skład zebrał Stefan Kornacki, autor tekstów - laureat m.in. „Talentów Trójki 2012” w kategorii Sztuki Wizualne - a za muzykę w zespole odpowiadają Paweł Możuch, Adam Staszewski oraz Tomasz Organek tegoroczny laureat nagrody muzycznej Mateusze Trójki. Tworzymy liryczny punk - deklarują członkowie Ser Charles - Skondensowane formy muzyczne, mocny przekaz, kamuflaż z wulgaryzmów, haseł codzienności. Skutecznie zrzucone bomby. Chcemy grać na dużych i małych scenach. Chcemy zrobić szum na poetyckich zlotach. Wydawca Wszyscy fani Świetlików (oraz Variete) będą zachwyceni tą płytą. Genialne wierszo-piosenki otulone ostrym, rockowym, surowym brzmieniem. Dawno już nie było młodego zespołu, który w tak ambitny sposób łączy niebanalne teksty z bezkompromisową muzyką gitarową. Piosenki są krótkie - kondensacja treści do maksimum, jest to album bez żadnych wypełniaczy. Współczesna poezja z dźwiękami najlepszych rockowych czasów. bartoszch Za grupą Ser Charles stoi Stefan Kornacki - artysta multimedialny, poeta i autor tekstów, laureat "Talentów Trójki 2012" w kategorii Sztuki Wizualne. Początkowo pod pseudonimem Ser Charles publikował swoje wiersze, które stały się podstawą i punktem wyjściowym do komponowania utworów. Za stronę muzyczną przedsięwzięcia odpowiadają Paweł Możuch, Adam Staszewski oraz Tomasz Organek - ubiegłoroczny laureat nagrody muzycznej Mateusze Trójki za znakomitą płytę "Głupi". Muzyka formacji zakorzeniona jest w post punku i nowej fali. Brzmienie jest brutalne, mroczne, jazgotliwe i niepokojące. Na tym tle słyszymy melodeklamacje Stefana Kornackiego. Poeta interpretuje swoje wiersze dość sugestywnie, choć nie próbuje robić tego w sposób aktorski. Utwory są krótkie, dosadne, pełne ciekawych skojarzeń, czasem wulgarne. Łączenie poezji z rockiem nie jest niczym nowym w polskiej muzyce, stanowi przeciwwagę dla znienawidzonej przez wielu tzw. poezji śpiewanej. Podobny zabieg stosował choćby Marcin Świetlicki i jego Świetliki czy niedawno Dr Misio. W przypadku Ser Charles efekt jest równie frapujący. Marek Dusza ..::TRACK-LIST::.. 1. Never Saved 2. Irak 3. Niesymetryczne 4. Czasy 5. Będzie 6. Kotwica 7. Jacek 8. Vanilla Ice 9. Kolejne Cuda 10. Książki O Czołgach I Hitlerze 11. Daria 12. Miasto Sportu 13. Mager Fan 14. Wydłużenie Pobytu 15. Babie Lato 16. 19 https://www.youtube.com/watch?v=9JmloJte0Pw SEED 15:00-22:00. POLECAM!!!
Seedów: 0
Komentarze: 0
Data dodania:
2025-11-23 19:09:24
Rozmiar: 275.87 MB
Peerów: 0
Dodał: Fallen_Angel
|
|||||||||||||